kilka razy spoza chmur błysnęło słońce (fot.Dominika)

O ile zeszłoroczny spływ Radwią uważam za wyjątkowo udany, to tegoroczny wypad na Zbrzycę okazał się koszmarem z powodu zimna i pogody wręcz późnojesiennej, mimo że oba spływy miały miejsce w ostatniej dekadzie sierpnia. Co prawda nad Radwią księżyc świecił swym pełnym blaskiem, a nad Zbrzycą wcale go nie było (nów), ale w tym roku pogoda nic sobie nie robiła z faz księżyca - cały czas była wstrętna.

Spływ postanowiliśmy zacząć od jeziora Raduń, nieopodal stacji kolejowej Raduń na linii Chojnice - Kościerzyna. Ucieszyła nas wiadomość, że linia ta nie została jeszcze zlikwidowana (rozebrana). Do Chojnic dojechaliśmy z Bydgoszczy pociągiem przyśpieszonym o nazwie Chojniczanin. Tu przesiadka tunelem na inny peron - na szczęście pociąg na nas poczekał, ale musieliśmy się bardzo śpieszyć. Linia do Kościerzyny biegnie lasami w pobliżu jezior i widoki z okien pociągu prześliczne.

Raduń, to zupełnie bezludny przystanek w szczerym lesie. Przy "peronie" murowana poczekalnia z otworem okiennym i drzwiowym, na szczęście pod dachem. Ponieważ zaczęło padać, weszliśmy do środka z całym sprzętem i zajęliśmy się zaparzeniem kawy. Deszcz raczej wzmógł się, na dodatek wzmógł się także wiaterek, a temperatura gwałtownie spadła (ciśnienie zapewne także).

Przypadł mi w udziale obowiązek znalezienia biwaku, bo o płynięciu w tym dniu przestaliśmy marzyć. Rekonesans wzdłuż torów doprowadził mnie do pobliskiego kempingu zajmującego cały dostępny brzeg jeziora Raduń. Wykupiłem miejsce, przenieśliśmy dobytek i w strugach deszczu zacinającego od jeziora urządziliśmy biwak nr 1. Zrobienie kolacji na tym wietrze zajęło nam sporo czasu i wyraźnie nadwerężyło zapasy naszego paliwa.

Jezioro Raduń w zasadzie nie leży nad Zbrzycą, lecz nad jej dopływem - Młosienicą. Na jeziorze podmokła wyspa nie nadająca się do zamieszkania (może podczas długotrwałej suszy). Woda mętnawa.

Zimny wiatr od rana goni po niebie ogromne, czarne, groźne chmury. Czasem przebłyskuje słońce, czasem zacina rzęsisty deszczyk. Szybko przepływamy kilkaset metrów do końca jeziora i przenosimy kajaki do następnego. Przenoska niedługa - 100m. W połowie zatrzymujemy się pod mostem kolejowym, by przepuścić małą ulewę. To rzeczywiście most nad rowem łączącym nasze jeziora, ale po lewej stronie rowu wiedzie droga gruntowa, a po prawej wygodny osłonięty "biwak" dla tych, którym z rzadka przejeżdżające pociągi nie przeszkodzą. W każdym razie można tu przeczekać deszcz i wypić herbatę. Nasz deszczyk był krótki, po nim pokazało się nawet słońce. Szybko przecinamy jezioro Młosino - bardzo ładne, prawie całe w lesie. Stąd można rozpocząć spływ Niechwaszczą, w dorzeczu Wdy.

Wypływ rzeczki niedaleko, po prawej stronie, w pobliżu torów. Nie należy ona do specjalnie atrakcyjnych: czasem jest płytka, czasem trzeba coś uprzątnąć, przez coś przepchnąć lub przeciągnąć kajaki, a i kładki do rzadkości nie należą. Początkowo płyniemy w pobliżu torów kolejowych, potem tracimy je z oczu. Deszcz zmusza nas do zatrzymania się. Pod osłoną gotujemy obiad i dalej w drogę. Rzeczka pogłębia się. Wpływamy na mały staw we wsi Orlik (w pobliżu wsi klasztor widoczny z daleka podczas przenoski). Następną ulewę przeczekujemy pod mostem (szosa 235 Chojnice - Kościerzyna). Po deszczu tęcza łudzi nas poprawą pogody. Przenoska trochę stroma, ale krótka.

Płyniemy. Niestety tylko 20m. Prąd robi się rwący, a dno kamieniste. Holujemy kilkaset metrów, przeczekujemy krótki deszczyk, ostatni tego dnia, i wreszcie można płynąć. Niestety nasza rzeczka zamienia się w kanał prowadzący prostymi odcinkami przez pola. Kilka mostków wymaga przenosin, robi się późno, zimno i bardzo niesympatycznie.Gdzie tu są biwaki? Gospodarz jednego z gospodarstw, do którego prowadził mostek wymagający karkołomnego wodowania, obiecał za 300m jezioro, na nim kawałek w lewo do wypływu rzeczki i kawałek rzeczką i mamy piękne pole biwakowe. Razem 500m. Zgadza się wszystko, tylko tych metrów jest ponad 1500. Dopłynęliśmy. Jezioro nazywa się Leśno Górne, ale w zapadających ciemnościach nie było nam dane zachwycić się pięknem tego akwenu. A "pole" położone jest w centrum wsi, w pobliżu schroniska szkolnego, 80m przed mostem, na terenie lasku porastającego wysoki brzeg rzeki. Lądowanie trochę grząskie. Po ciemku gotujemy herbatę, rozbijamy namiot, rozpakowujemy ekwipunek, dmuchamy, ścielimy, jemy kolację i tylko z daleka świeci latarnia na schronisku. Na niebie rój jaskrawych gwiazd, ale podmuchy wiatru wskazują, że pogoda wcale nie ma ochoty ustalić się (a może właśnie już się ustaliła?).

Rano budzą nas dzwony. Kościół mamy tuż za mostem, a że jest niedziela, mamy szansę zdążyć na następną mszę. W śniadaniu asystuje nam przemiły, kudłaty pies. Wabi się Bryś. Przyszedł zza płotu ogradzającego pobliską willę. Pokazała się jego pani i zapewniła nas, że pies jest łagodny i bardzo lubi kajakarzy. Siedział cierpliwie koło "stołu" i już zapomnieliśmy o jego asyście, gdy w ostatniej chwili spostrzegłem jego cichy zamach na pozostawioną bez opieki kiełbasę. Zestrofowany zwierz obraził się najwyraźniej i wrócił przez sobie znaną nieszczelność w ogrodzeniu. Biwak nr 2 okazał się całkiem sympatyczny.

Kościółek w Leśnie - tak nazywa się wieś - przepiękny. Prawdziwy drewniany zabytek architektury kaszubskiej. Przed kościołem na słupie para bocianów (trochę dziwne - powinny już szykować się do odlotu). Są i sklepy czynne w niedzielę.

Dużo czarnych chmur, wiatr silny - może je przegna. Płyniemy dalej. Rzeka wypływa z następnego jeziora (też Leśno, ale Dolne) tuż za kościółkiem. Meandrujemy spokojnie wśród pól. Przeszkód w zasadzie nie ma. Jedyną kładkę daje się unieść. Dwa razy przystawaliśmy, by przepuścić deszczyki, a po paru godzinach pojawił się na lewym, wysokim brzegu piękny las. Lądowanie nieco grząskie, ale teren prześliczny. Postanowiliśmy tu przenocować, bo o lepszym biwaku trudno byłoby marzyć. Pieszy spacerek wzdłuż Młosienicy już po kilkudziesięciu metrach doprowadził do ujścia jakiejś bystrej rzeczułki wpadającej z prawej strony. Nie mogło być wątpliwości, to była Zbrzyca, do której wpadała nasza Młosienica - 3 razy szersza, ale i 3 razy wolniejsza. W sąsiedztwie ujścia, na granicy lasu, miejsce na kilka namiotów z nieco lepszym lądowaniem, ale trochę mniej zaciszne.

Młosienica (ta 
szersza) uchodzi do wąziutkiej Zbrzycy. Fot. M.Wakarecy

Teraz pogoda zrobiła się wyjątkowo paskudna. Niemal ukradkiem wymykaliśmy się na krótkie spacery, których owocem były grzyby i jeżyny, a zdarzały się też spóźnione czarne jagody. Pogoda przykuła nas do tego miejsca na całe trzy dni. Nieco dłuższy spacer prowadził do wsi Kaszuba Leśna, gdzie w sklepiku można było kupić słodycze, wędliny i konserwy (chleb także). Nasz główny posiłek składał się z zupy grzybowej z makaronem i mielonką na danie pierwsze, ryżu z jeżynami i z cukrem na drugie, kawy ze słodyczami na trzecie. Grzyby w nadmiarze są ciężkostrawne. Mały łyk szkockiej whisky znakomicie poprawiał pracę żołądka.

Wystartowaliśmy wreszcie przy mocno niepewnej pogodzie. W Kaszubie przenoska i deszcz. Następna przenoska przy tartaku przed Rolbikiem. Tu nowy deszcz, równie ulewny jak poprzedni. Zauważamy, że pogoda rzeczywiście ustala się w/g następującego schematu: rano chmury i wiatr, w ciągu dnia wichury z przelotnymi ulewami, pod wieczór względnie pogodnie.

I rzeka i jej otoczenie pięknieją z każdym kilometrem. Teren pofałdowany, piękne lasy. Znana wieś letniskowa Rolbik pięknie położona. Za nią stopniwo rzeka zwalnia, pogłębia się i w końcu, zgodnie ze starym przewodnikiem, na rozwidleniu w terenie mokradlanym wybieramy drogę w prawo. Do jeziora Milachowo już niedaleko. Ukazuje się piękne o bardzo wysokich brzegach, całe w lesie. Między drzewami ukryte jakieś gospodarstwa, artystycznie wtopione w krajobraz.

Nasz biwak nr 4 znaleźliśmy dokładnie na przeciw miejsca, w którym wpłynęliśmy na jezioro. Lądowanie trochę błotne, ale dalej piękna binduga (tratwy spławiano Zbrzycą jeszcze niedawno), przy niej mały ruczaj z krystaliczną wodą i miejsce na wiele namiotów na dowolnej wysokości nad jeziorem. I znów niebo nocą pięknie rozgwieżdżone, wiatr gdzieś przycupnął na dłużej - jest cicho, spokojnie, przemiło.

Rano słońce, ale wypoczęty wiaterek przygania coraz liczniejsze i większe chmury kłębiaste. Śpieszymy się. Płyniemy w kierunku dalszych jeziorek i po paru godzinach osiągamy jezioro-rezerwat o nazwie takiej, jak pobliska wieś - Laska. Na jeziorze wiatr wzmaga się i chwilami jest bardzo porywisty. Po lewej olbrzymia chmura idealnie czarna, na szczęście jest daleko i chyba nas ominie, ale nie mamy złudzeń - przyjdą następne. Płynięcie pod wiatr kosztuje sporo wysiłku. Zatrzymujemy się na lewym brzegu zwężenia, za którym rozpoczyna się jezioro Księże. W nagrodę znaleźliśmy dużo jeżyn, ale znów trzeba było przeczekać ulewę.

Dalsze jeziora, to Księże i jego przedłużenie zwane Długim (na jego końcu ładny pomościk zachęca do zatrzymania się na obiad), Parszczenica (tu kierujemy się na przeciwległy brzeg nieco w lewo) i Śluza. Połączone są bardzo krótkimi odcinkami rzeczki. Wszystkie urocze, lecz najpiękniejsze jest ostatnie - ciche i bezludne. Tu biwakujemy w lesie na bardzo wysokim półwyspie po prawej stronie pod koniec jeziora. Zachód słońca przepiękny; przybrało kolor szczerozłoty. Niestety grzyby w tym miejscu nie obrodziły. Kierunek oświetlenia wydał mi się niewłaściwy, ze zdjęciami postanowiłem poczekać do rana.

Obudził nas krótki słaby deszczyk. Ewakuujemy się w pośpiechu - zakątek jest miły, ale to ostatni dzień naszego płynięcia i musimy dotrzeć do jakiejś szosy, a do naszego półwyspu żadna droga (nawet ścieżka) nie prowadzi. Jeszcze na jeziorze łapie nas kapuśniaczek. Jezioro przechodzi w piękną rzekę leśną, a opad nasila się systematycznie.

Jest most, bardzo solidny, pod nim dziwny drewniany pomost, w sam raz dla nas. Okazuje się, że jest to punkt czerpania wody dla straży pożarnej, a że pożaru w taką pogodę nie można się spodziewać, wykorzystujemy go do osuszenia i spakowania ekwipunku. Późnym popołudniem odebrał nas ojciec Dominiki, któremu podaliśmy nasze współrzędne przez telefon.

A w przyszłym roku dalej od jez. Śluza przez Wielki Kanał Brdy do Koronowa.

P.S. Pomimo przestrasznej pogody wszyscy wróciliśmy zdrowi z wyleczonymi starymi katarami i chrypkami. Bakterie chorobotwórcze nie znoszą podróży kajakiem.

Mimo niepogody udało się Dominice pstryknąć kilka zdjęć:

pierwsze

drugie

trzecie

czwarte (źródełko)

piąte

szóste na początku strony.


Zapraszam do strony szperacza Infoseek.


Strona Kajakowa

˙