W końcu sierpnia 1995 roku odbyłem spływ Wdą na odcinku od jez. Wdzydze do Tlenia. Zaliczyliśmy najatrakcyjniejszy jej fragment prowadzący przez środek Borów Tucholskich. Pogoda dopisywała, rzeka czysta, nieuciążliwa i bardzo malownicza. Na przełomie sierpnia i września 2001 odwiedziłem raz jeszcze jezioro Wdzydze i Kanał Wdy docierając kanałem nieco dalej. Informacje uzupełniające dopiszę dalej kursywą.
Postanowiliśmy dojechać pociągiem w pobliże jeziora Wdzydze w dzień, tak by wodować późnym popołudniem i spokojnie znaleźć nad jeziorem biwak. W Bydgoszczy pociąg do Kościerzyny czekał na nas, mimo że do odjazdu pozostawało 45 minut. Załadowaliśmy nasz sprzęt, zjedli coś w bufecie i wsiedli 5 minut przed odjazdem. 5 minut minęło, a pociąg ani drgnął, co więcej okazało się, że oprócz nas w ogóle nie ma innych pasażerów, a na dodatek nie ma też lokomotywy. Pech, zapomnieliśmy, że to wolna sobota i nasz pociąg też ma wolne - ruszy dopiero za 1 1/2 godz. Nic to, chyba zdążymy. Od stacji Olpuch-Wdzydze mamy jeszcze 2+1/2 km pieszo do jeziora Gołuń należącego do kompleksu Wdzydz. Na wodzie będziemy po 18.00.
Pociąg odjechał planowo. Z zainteresowaniem konfrontowaliśmy widok z okien pociągu z mapą. Przemknęliśmy nad Wdą i nad Kanałem Wdy i w końcu na stacji poprzedzającej Olpuch rozpoczęliśmy przygotowania do ewakuacji gromadząc cały ekwipunek w pobliżu drzwi. Pociąg stanął, a my w pośpiechu wynieśliśmy cały nasz dobytek na peron. Sprawdziliśmy, niczego nie brakowało. Pociąg odjechał.
Piękna okolica, maleńki zadbany przystanek w lesie. Przed nami jezioro, wzdłuż torów szosa... Chwileczkę, jakie jezioro?... Gorączkowo próbuję przymierzyć widok do mapy. Nie udaje się. Jezioro Gołuń nie leży przy torach kolejowych, a na stacji Olpuch-Wdzydze nie ma żadnego jeziora. To gdzie my jesteśmy?...
To już drugi pech tego dnia (pechy chadzają parami!): kolej zbudowała nowy przystanek kilka kilometrów przed naszym docelowym i nie była uprzejma w porę nas o tym zawiadomić. Mogliśmy czekać na następny pociąg, lub iść piechotą 3+1/2 km, na szczęście szosą asfaltową. (Jezioro przed nami jest ślepe, nie możemy na nim wodować.)
Poszliśmy. Nasze pneumatyczne kajaki nie sprawiają kłopotu na gładkim asfalcie, po którym wózek toczy się lekko. Co prawda nieprzyzwyczajone ramiona odczuły ciężar plecaków wypełnionych niezbyt przydatnymi rzeczami, ale kto mógł przewidzieć, że skafandry, swetry i kalosze nie znajdą podczas tej wycieczki zastosowania.
Teraz już mieliśmy trochę szczęścia. Znaleźliśmy dobre miejsce do wodowania, zapakowaliśmy się na dmuchacze i odbiliśmy od brzegu na sekundy przed zachodem słońca. Mimo, że na żadnej z naszych map nie ma w tej części jeziora Gułuń żadnej wyspy, na nas czekała wysoka, zalesiona wyspa z pięknymi biwakami. Dokładnie obejrzeliśmy ją rano, bo teraz upragniona herbata i zasłużony posiłek. Spędziliśmy cały dzień w pociągach, na dworcach, na szosie i 15 minut w kajakach. Ale był to dzień udany, bo w końcu osiągnęliśmy planowany cel.
Nasza wyspa jest piękna, szkoda że nasz plan każe płynąć gdzieś dalej. Postanawiamy zatrzymać się na jeszcze jednej wyspie, ale już na jeziorze Wdzydze.
Gołuń jest jednym z kompleksu kilku jezior łączących się z Wdzydzami. Wda wpływa poprzez jezioro Słupinko do jeziora Radolnego, którego przedłużeniem jest Gułuń. Jezioro Radolne od Wdzydz oddziela półwysep Kozłowiec. Prostopadle do osi Gołuń - Radolne odgałęzia się jezioro Jelenie, a na przeciw cieśnina prowadzi wokół półwyspu Kozłowiec na Wdzydze - dwurynnowe szerokie jezioro podzielone wzdłuż łańcuchem wysp będących przedłużeniem Kozłowca. Największa z wysp ma 3 km długości. Nad Gołuniem i Wdzydzami dwie znana wsie: Wdzydze Kiszewskie i Wdzydze Tucholskie. Jest co zwiedzać! Biwakowaliśmy na wielkiej wyspie. Na jeziorze nie słyszeliśmy motorówek, za to sporo żagli.
W bieżącym, 2001 roku, w ostatnich dniach sierpnia dojechaliśmy wygodnie samochodem na camping we Wdzydzach Kiszewskich (dawna stanica wodna). Stąd przez wielkie Wdzydze na Wdę. Byłoby pięknie, gdyby nie wicher goniący już w południe czarne burzowe chmury. Na drugiej wyspie lądowaś nie można, bo tablice oznajmiają rezerwat. Musimy gnać, na szczęście z wiatrem, do końca akwenu. Bałwany robią się coraz okazalsze, zwłaszcza wtedy, gdy dwa połączą się w jeden. Huśta jak na prawdziwym morzu. Zresztą Kaszubi zwą Wdzydze "małym morzem". Przeczekujemy deszcze pod foliowym daszkiem gotując obiad. Przenoska 150m na rzekę i w drogę. Chcemy za dnia dotrzeć na kanał. Po drodze tereny "zagospodarowane" przez posiadaczy daczy podwdzydzkich. Rzeka zwalnia i rozlewa się szeroko. Możnaby się kąpać, bo woda czysta, ale kąpiel mamy już dziś za sobą. Prawy brzeg niski, umocniony kamieniami, a za nim głęboka depresja - to oddzielona nasypem dolina Wdy. Nieco dalej zastawa po prawej steruje wypływem wody do prawowitej Wdy. My płyniemy prosto, kanałem i tu po lewej znajdujemy ładny leśny biwaczek, na którym kończymy pracowicie spędzony dzień.
Pora na rzekę. Jeziora są piękne, ale te na mój gust trochę duże. Wiatr hula łagodząc upał, ale skutecznie hamuje nasze dmuchacze. Przed nami szkółka żeglarzy deskowych ćwiczy zwroty na wietrze o sile 4. Polega to na zanurzeniu w wodzie żagla i na chwilowym opuszczeniu deski przez płynącego. Po obróceniu deski w żądanym kierunku można się na nią wdrapać i postawić żagiel. Trochę to skomplikowane. I cały czas trzeba stać.
Mała przenoska po wypłynięciu z jeziora. I znów po 1/2 godz. podejmujemy
decyzję: kanałem, czy rzeką. Jeśli rzeką, trzeba przenieść się w prawo za zastawkę.
Zdarzył się spływ dwudziestoosbowy, który tego miejsca nie zauważył. Popłynęli prosto i dziwili się
wielce, czemu w rzeka zweża się zamiast poszerzać i czemu zaczyna brakować w niej wody.
My postanawiamy zwiedzić mały fragment Kanału. Nie zawsze jest to możliwe. Kanał
nawadnia okoliczne łąki i w okresie sianokosów cała woda kierowana jest do
rzeki.
Początkowo otoczenie kanału stanowią łąki, później las. Kanał biegnie prostymi odcinkami. Przecinamy linię kolejową Kościerzyna - Czersk. Otoczenie coraz ładniejsze. Wreszcie po prawej stronie widać nawadniane przez kanał stawy hodowlane. Po kilku meandrach zastawka i mostek. Płyniemy jeszcze 300 m i biwakujemy na lewym brzegu. Kanał jest dość płytki (jeszcze nie "za płytki"), woda krystalicznie czysta, dno piaszczyste. Las przepiękny; urozmaiceniem są liczne jałowce, niektóre bardzo wysokie. W porównaniu z jeziorami jest spokojnie, zacisznie, pusto i bardzo przyjemnie.

Kanałem płyniemy tylko kilkaset metrów. Mijamy most kolejowy Kościerzyna - Bydgoszcz, dopływamy do mostu drogowego i tu bardzo wygodnie lądujemy. Pakujemy kajaki i ekwipunek, i w drogę. Do wsi Wojtal mamy cały kilometr. Droga dość wygodna, przecina tory kolejowe w pobliżu stacji Wojtal; później trochę zapiaszczona. We wsi sklep.
Podczas naszego drugiego pobytu na kanale zaryzykowaliśmy wyprawę w dół
tego sztucznego cieku. Płynęliśmy kilka godzin coraz częściej ocierając o
dno lub wręcz przeciągając kajaki przez mielizny. Ani nam w głowie było
wracać - tu było naprawdę pięknie. Zatrzymaliśmy się na lewym brzegu na
biwak w pięknym lesie, rano udało się przepłynąć jeszcze kawałek aż do
zastawy. Trzeba obnosić, ale to głupstwo; za zastawą woda jeszcze płytsza
wymagałaby holowania. Wybrałem sie pieszo do widocznego z daleka domu
nazywanego w przewodnikach domem strażnika kanałowego. Z jego stałych
lokatorów zastałem jedynie dwa sympatyczne psy. Zwiedziłem miejsce
przeprawy kajaków z kanału do rzeczki prowadzącej do Wdy. Widać miejsce
uczęszczane przez wodniaków - przenoska niedługa, ale rzeczka raczej w tym
miejscu nie do płynięcia z powodu "krętości" i szerokości. Trzeba w wielu
miejscach przenosic dziób kajaka nad zakrętami. Nie badałem, jak jest
dalej, ale wierzę, że tamtędy daje się przedrzeć na rzekę (nie od razu, po
drodze są jakieś mokradła). Tu musze przeprosić Czytelników za to
dość beztroskie stwierdzenie. Owszem, zawsze się dawało, ale teraz królują tam bobry.
WŁAŚNIE TAM! Kolega Edmund Machtel przebył ten odcinek w sierpniu 2003
wraz z grupą harcerzy z 41 Bydgoskiej Drużyny Harcerskiej "Orlęta" i
zameldował
o pięknej bobrzej tamie na kilkadziesiąt metrów długiej. O innych bobrzych atrakcjach pisał
tylko skrótowo. W tym samym miesiącu Studzienicką Strugę "przepłynął" tez inny
spływ, który zabłądził na początku kanału. Były to same panie wraz ze swymi pociechami w
wieku szkolnym. Uczestnicząca w tym splywie Ewa, mama siedmiolatka, proponuje ten odcinek na zajęcia
szkoły przeżycia dla zaawansowanych. Bierzmy przykład z dzielnej postawy Pań. (Cóż, gdzie diabeł
nie może ...)
Po naradzie wojennej stwierdziliśmy, że
ostatnie dwa dni planowanego czasu spływu poświęcimy na odpoczynek nad Kanałem, bo tu
najpiękniej. Zbieraliśmy kurki i jagody borówki brusznicy. (Z tych
ostatnich można na biwaku zrobić doskonałą zupę owocową z makaronem; nie
mieliśmy, ale przydałoby się zagęścić ją zwykłym kisielem w proszku i
postanowiliśmy w przyszłości na tę okolicznosc torebkę "kiślu" zabierać.)
Płyniemy do Czarnej Wody. To duża wieś na lewym brzegu. Rzece towarzyszą lasy - to z lewej, to z prawej. Prąd żwawy, w korycie zdarzają się kamienie (czasem głazy) i niewielkie bystrza. Dość malowniczo. Pod mostem w Czarnej Wodzie lepiej sprowadzić kajaki - kamienie są ostre. Dalej charakter rzeki taki sam. Brzegi bardzo wysokie. Płyniemy kilka godzin i dopiero zimno zmusza nas do zatrzymania się na maleńkim pólku biwakowym przed mostem wiodącym do leśniczówki. Jesteśmy w centrum wyżu i sierpniowe wieczory są raczej chłodne. Na taką okazję mamy odrobinę rumu do herbaty.
Nie potrafię zlokalizować naszych kolejnych biwaków. Miejsc takich jest nad Wdą sporo. Te legalne położone są z reguły w pobliżu mostów. Niestety nie są to miejsca najczyściejsze z powodu spalin, jakie wydzielać muszą przejeżdżające tędy pojazdy. Biwakowanie "na dziko" jest niedozwolone. Można jednak uzgodnić biwak z właścicielem nadrzecznej łąki. Można biwakować po kryjomu (koniecznie bez dymu) pod warunkiem, że służby leśne nigdy się o tym nie dowiedzą.
Jednym z najładniejszych naszych biwaków była maleńka polanka nad wodą, na wysokim na dwa metry pionowym brzegu, oddzielona od lądu pasem mokradełek i murszejących pni, przez które to przeszkody trudno byłoby przejść. Miejsca na lądowanie nie było żadnego - po prostu wdrapałem się na górę po korzeniach podmytego drzewa i oniemiałem z zachwytu. Sprzęt wciągnęliśmy nie martwiąc się o poranne wodowanie. Zresztą przy ładnej pogodzie, w czystej, niezbyt głębokiej rzece nie mogło z tym być problemu.
Płynąc w wielkim upale wykorzystywaliśmy głazy na środku rzeki do cumowania kajaków na czas krótkich kąpieli. Woda sprawia tu wrażenie krystalicznie czystej. Lasów coraz więcej. Są wysokie i coraz bogatsze. To już Bory Tucholskie. Często na zakolach wysokie piaszczyste skarpy. Bardzo malowniczo.
Płynąc możemy zerkać do map. Wygodna jest stara mapa turystyczna z serii PTTK
"Kraj" z 1986 roku pt. "Szlak wodny Wda". Najprościej ograniczyć się do
liczenia dopływów i mostów. Gdzieś na trasie spotkamy przenoskę poza urządzenie
wodne; podczas naszego spływu trwały tam zaawansowane prace ziemne. Spotkamy
po lewej ujście Kałębnicy. Jeśli czas pozwoli zachęcam
do dwudniowej wycieczki bocznej na wspaniałe jeziora.
Pod koniec, już blisko Tlenia, rezerwat leśny nad gigantycznym
zakolem rzecznym o nazwie "Krzywe Koło".
Bobry jedzą korę gałązek i na deser coś z roślin podwodnych. Mieszkają w
żeremiach, czyli norach, do których wejście znajduje się pod wodą. W okolicy
swych mieszkań wygryzają w trzcinach obszerne nisze, w których delektują się
korą z przyniesionych gałęzi, a obgryzione patyki bieleją w słońcu, sprawiając
z daleka wrażenie kości pozostałych po uczcie drapieżnika.
Wygląda na to, że jestem zagorzałym nieprzyjacielem bobrów. Nie, ale
wobec braku
naturalnych wrogów bobrza populacja rozrosła się ponad miarę. Dobrze, że nie
wpadły na pomysł budowania tam. Zrobią to wtedy, gdy nad rzeką zabraknie
pożywienia. (Rzeka po przegrodzeniu stanie się szeroka i umożliwi dotarcie do
dalszych partii lasu.)
Na jednym z biwaków widzieliśmy kilkanaście dorodnych drzew, na których
gryzonie tępiły swe zęby, wygryzając pnie w 50% ich przekroju. Straty
powodowane przez bobry, służby leśne potrafią dokładnie oszacować. Ja chciałbym
poznać korzyści, jaki odniosą z bobrzego gospodarowania ludzie i przede
wszystkim Przyroda. (Ktos mi powiedział, że to ciężarne samice muszą tak "wyżywac się" na niejadalnych
wielkich drzewach, że jakieś ich składniki sa bobrzycom niezbedne do rozwoju plodu. Byc może to
prawda.) W nocy czyhałem na ogoniastych przyjaciół z aparatem fotograficznym. Niestety,
stworzenia te są wyjątkowo płochliwe i doskonale wyczuwają obecność człowieka.
Biczują wodę swymi ogoniskami dokładnie tam, gdzie światło lampy błyskowej
nie sięga.
Pora zakończyć naszą wycieczkę. Wda wyraźnie zwalnia, poszerza się i w końcu
wpływamy na zalew w Tleniu sięgający do wsi Żur (zapora) odległej o ponad 10 km.
Jezioro jest bardzo rozczłonkowane - wiele zatok, zatoczek, są i wyspy.
Zwiedzanie może zająć całe dwa dni. Niestety brak legalnych biwaków,
a biwakujący nielegalnie ścigani są energicznie, nawet na wyspach.
Proponuję lądować na prawym brzegu tuż za mostem drogowym w Tleniu.i wybrać się
na pobliski dworzec, by tam odpisać rozkład jazdy pociągów, a w drodze
powrotnej zrobić zakupy. Pole biwakowe znajdziemy na prawym brzegu 200 m za
mostem. Tu możemy przenocować, a cały dzień następny przeznaczyć na zwiedzanie
zalewu.
Oczywiście, można płynąć dalej, na następny piękny zalew w Gródku. I tu jeszcze
Bory Tucholskie nie kończą się, ale rzeka staje się niegościnna - jej poziom
waha się w granicach 1 1/2 m, zależnie od pracy elektrowni. W każdym razie nie
polecam przepływania przez Świecie. Moi koledzy, którzy tego dokonali,
odetchnęli swobodnie dopiero na Wiśle i aż do Grudziądza rozkoszowali się
czystością królowej naszych rzek. Można próbować wyobrazić sobie, co zrobiły
z naszej czystej rzeki zakłady celulozowe i samo miasto tuż przed jej ujściem.
To było kilka lat temu! Teraz Świecie szczyci
się nową, nowoczesną, wydajną oczyszczalnią. Zachęcam
do sprawdzenia, bo i oczyszczalnia toruńska niedawno
podjęła pracę i w tej sytuacji można planować
zakończenie spływu w Grudziądzu.
Dodatkową
nadzieję budzi oczyszczalnia w Solcu Kujawskim obsługująca całą Bydgoszcz.
Wda jest czysta, Wda jest nieuciążliwa, dość bezludna na odcinku 100 km, gdzie
płynie przez środek Borów Tucholskich, Wda jest wszędzie malownicza. Jeśli na
dodatek potrafisz polubić bobry, nie znajdziesz przyjemniejszego spływu.
(No, może Brdą, ale czy tam już są bobry?)
Post Scriptum. Oczywiscie nie mamy do PKP
najmniejszych pretensji o
to,
ze dodala nowy przystanek, przeciez bylo to ku wygodzie podroznych, a
nasza mala przygoda z ladowniem na niewlasciwej stacji wyszla nam chyba na
dobre, bo szlismy wygodnie po asfalcie, nie po piachu. Licze na to, ze
Kolej inwestujac w budowe nowych przystankow nie zamierza tej pieknej
"tyrystycznej" linii likwidowac i moze jeszcze kiedys z naszego przystanku
skorzystamy. Ilustrowane opisy
ciekawych splywów "rodzinnych" - oczywiscie przede wszystkim Wdą. Spływ niedługi, bo jednodniowy. Trasa prowadzi przede wszystkim jeziorami,
a łącząca je Kałębnica jest rzeczką łatwą, nieuciążliwą i bardzo powolną,
tak że może być przepływana w obu kierunkach. Na odwiedzenie Kałębnicy i przede
wszystkim jeziora Czarnego, zapraszam wszystkich spływających Wdą.
Od jeziora Czarnego można zacząć spływ końcowym odcinkiem Wdy traktując
Kałębnicę jako szlak dojazdowy.
Opiszę trasę w kierunku "pod prąd". Pierwsze jezioro Słone osiągniemy po
dwóch godzinach wiosłowania rzeczką o brzegach zabagnionych aż do wsi Skrzynia
w pobliżu jeziora. Tuż przed nim kładka "zwodzona". Po lewej na jeziorze wyspa
i za nią wieś Skorzenno. Płyniemy w prawo do końca jeziora, gdzie znajduje się
ujście naszej rzeczułki. Proponuję skierować się na lewy brzeg i przenieść
sprzęt w pobliże mostku, koło leśniczówki, bo przyujściowy muł pod
kilkucentymetrową warstwą wody jest trudny do przebycia, a i sama rzeczka zbyt
płytka i rącza wymagałaby holowania. Dalej Kałębnica przyzwoicie głęboka
meandruje leniwie w ciemnym lesie. Odcinek bardzo ładny. Mijamy zniszczony most
i przy niskiej wodzie holujemy kawałek po piaszczystym dnie do zatoki jeziora
Kałębie.
Płynąc jeziorem trzymajmy się naszego lewego brzegu. Główne ploso wita nas
zazwyczaj wiatrem i dużą falą. Płynąłem kiedyś w kierunku przeciwnym. Wiatr na
Kałębiu cały czas dął mi w twarz. Liczyłem, że w zatoce ucichnie, aliści i tu
wiało w kierunku środka jeziora, a wiatr "zatokowy" pędził fale, które w
zderzeniu z falami "jeziornymi" tworzyły przepiękną falę stojącą w postaci
szachownicy pagórków wodnych. Płynęło się jak po gigantycznych kocich łbach,
wielkości malucha. (Trochę przesadziłem, ale niewiele - wiatr był silny.)
Jeśli mamy czas biwakujmy nad Czarnem dłużej. Północna część jeziora przy
ładnej pogodzie dostarczy nam wspaniałego relaksu, a czarne jagody zbierane
w pobliskich lasach mają wyjątkowy smak.Dopisek: pole przeniesiono kilkaset m.
dalej!
Dopisek:
Jeszcze jeden dopisek:
Podsumowanie
Dopisek:
Tak, już są.
Proponuje wykorzystac szperacz z haslem
+Brda
+bobry
Kałębnica

Nie zwracajmy uwagi na niebieskie
kropki oznaczające na mapie wojskowej 1:100000 szlak wodny. Każą płynąć
kanałem, który przyśnił się jednemu z uczonych kartografów, i którego nigdy
nie było. Musimy dopłynąć do końca jeziora mając po lewej ręce dużą wieś
gminno-letniskową Osiek. Tam znajdziemy wpływ Kałębnicy - znacznie węższej
- ledwie mieszczącej kajak.
Musimy wysiąść, bo trzeba za chwilę przenieść kajak przez drogę gruntową;
przepust niestety trochę za wąski. Kawałek dalej szeroki przepust pod ruchliwą
szosą - tu możemy schyleni przeprowadzić kajaki w jego mrocznej czeluści.
Jeszcze kawałek strugi i jesteśmy na Czarnem. Jezioro długie, czyste,
w pięknych lasach. Są dwie wyspy. Bliska, po lewej - od wielkiej biedy można
tu przenocować, dalsza po prawej - kilka znakomitych biwaków. Gdzieś niedaleko,
na prawym brzegu, legalne pole biwakowe. Nieco dalej jezioro przegrodzone
groblą. Pod mostkiem kajaki przepychamy kilka metrów. Druga część jeziora
piękna i bezludna. Znakomite miejsca do kąpieli przy lewym brzegu.
Polski superszperacz pozwoli Ci wyszukać inne szlaki kajakowe
mailto:
Tu znajdziesz inne moje opisy wypraw kajakowych.