

Radew nie sprawia żadnych trudności nawigacyjnych. Jest więc szlakiem łatwym, a uciążliwość spływu wynosząca na początkowym odcinku 5 maleje stopniowo do 1.
Ocenę malowniczości szlaku pozostawiam Czytelnikowi. Ja przydzielam Radwi **, czasem ***, a Parsęcie ***, **, *. (Im bliżej morza, tym mniej malowniczo.)
Bardzo leniwi turyści mogą rozpoczynać spływ nieco niżej, od jednego z mostów nad Radwią, ale stracą najpiękniejszy odcinek dzikiej rzeczki.

Wędrujemy dalej. Czasami można trochę płynąć, czasami przeciągać, przepychać, przenosić. odnosi się wrażenie, że nikt tędy nie pływa, a w każdym razie nie odwiedzają tego odcinka spływy masowe, bo i "przepustowość" rzeczki na to nie pozwoliłaby. Brzegi zawsze bardzo wysokie, czasem zbliżają się do siebie, tak że Radew płynie w leśnym parowie, czasem oddalają się ustępując miejsca łąkom, lub mokradełkom, lub laskom olchowym. Często koryto rzeki zarastają krzaki, zdarzają się też wąskie przejścia w trzcinach, szerokie brody, tak płytkie, że nawet holowanie pustego kajaka wymaga wysiłku, a oczywiście przewrócone drzewa zawsze układają się w poprzek koryta rzeki. W ciągu 3 pierwszych godzin współczynnik uciążliwości sięga 5.
Przepiękny, bardzo wysoki most kolejowy linii jednotorowej. Prawdziwy zabytek! Linia powstała w pierwszych latach naszego stulecia - obecnie od dawna rozebrana, ale nasypy i most pozostały jako atrakcyjny pomnik myśli technicznej naszych (pra)dziadów.
Stopniowo, stopniowo rzeka staje się coraz zasobniejsza w wodę. Brodząc po płyciznach wszędzie czujemy obecność zimnych źródełek. Niektóre szemrzą na zboczach doliny. Wody na herbatę nie musimy długo szukać. Jest znakomita. Pod mostem drogowym kłopotliwe spławianie po rumowisku.

Następny most i przy nim ruina młyna. Przenoska. Nie ryzykujemy uszkodzenia kajaków na nieuprzątniętej kipieli. To dopiero początek spływu, a właściwie, to jeszcze płynąć nie zaczęliśmy.
W sumie płyniemy 7 godzin. Biwakujemy zmęczeni na prawym brzegu w pobliżu linii elektrycznej poprowadzonej na niskich drewnianych słupach (nie ma na wojskowej mapie). Przepłynęliśmy 7 km osiągając niezłą przeciętną 1 km/godz. Zmęczeni, na kolację jemy chleb z mielonką i resztkami kiełbasy. Kaszę ugotujemy na śniadanie, teraz spać!
Uwaga: Na wojskowej mapie 1:200000 kilka km za naszym biwakiem, tuz przed miejscem gdzie rzeka zmienia kierunek z pn na zach widnieje interesujace jezioro bez nazwy. Linia brzegowa mocno rozczlonkowana; od zachodu wdziera sie duzy zalesiony polwysep, brzeg wschodni to laki. Szkoda, ze to jedynie fata morgana utrwalona przez wojskowego kartografa. W naszym klimacie to bardzo rzadkie zjawisko (oczywiscie miraz, nie owoce dzialan kartografow).
Rzeka płynie dostojnie pomiędzy lasami, wzgórzami i mokradłami. Spotykamy rodzinę łabędzią. Uciekają. Prąd słabnie i powoli rzeka ustępuje miejsca jezioru. (Łabędzie wreszcie mogą się schować w jakiejś bocznej zatoczce.) Most na jeziorze zwiastuje miejscowość o odkrywczej nazwie Mostowo. Tu po raz pierwszy od startu w Żydowie spotykamy (obcych) ludzi. Lądując z prawej strony mostu znajdziemy się na parkingu samochodowym. Jest bar, ale nie ma sklepu. Wolimy jednak gotować samemu i nie tracić czasu w miejscu, gdzie na obrośniętych, bosych kajakarzy patrzą niechętnym okiem.
Jezioro nazywa się Rosnowskie. Jest bardzo długie, wąskie i całe w pięknym, wysokim lesie, a brzegi ma wyniosle, suche z ogromnym wyborem miejsc biwakowych. Niestety, po niedzielnych turystach nikt nie sprząta, a oni sami najwyraźniej znakomicie czują się na śmietnisku! Założenie biwaku trzeba poprzedzić generalnym sprzątaniem. My zatrzymujemy się na szybki jednodaniowy obiad. Najszybszą potrawą biwakową jest oczywiście makaron. Robi się go metodą "bez odcedzania". (To mieszczański przesąd zużywać 4 litry wody na ugotowanie kilku porcji nitek, a czym to potem cedzić?) Śpieszno nam do Rosnowa, bo tam są sklepy, a chleba mamy już bardzo niewiele.
W Rosnowie "legalne" pole namiotowe, duże (chyba wojskowe) bloki mieszkalne i stacja kolejowa - wąskotorowa. Na południe lotnisko wojskowe z odrzutowcami. Na jeziorze zakaz używania silników spalinowych, aby nie potęgować huku maszyn latających. Jedyną osobą upoważnioną do pływania motorówką jest Pan Policjant. Wymieniliśmy z nim gesty powitalne, gdy mijał nas na środku jeziora. Poza tym spotkaliśmy cichą "motorówkę" elektryczną.
Na mapie N-33-69/70 dalszy szlak zaznaczony jest wzdłuż Radwi, za zastawką widoczną z daleka na końcu jeziora. (Nie jest to prawdziwy koniec, bo jezioro skręca tu w lewo, czego z daleka nie widać.) Niestety na Radwi poniżej jeziora ilość przeszkód jest odwrotnie proporcjonalna do ilości wody w korycie rzeki. Wody jest niestety mało, bowiem znaczna jej część płynie kanałem roboczym do elektrowni. Proponuję wariant "kanałowy". Wylot kanału znajdziemy 300m w lewo od wylotu Radwi, za zastawkami i mostem kolejowym. Jest długi i nudny. Podczas ładnej pogody sporo kąpiących się dzieci i sporo wędkarzy. Czyżby tu lepiej brało niż w jeziorze? Płyniemy prawie 2 godziny. Za późno spostrzegliśmy goniący nas od tyłu mały rzęsisty deszczyk. Nic to, po chwili znów pokazało się słońce, niestety już niepokojąco nisko.
Wreszcie elektrownia. Cicho, chyba nieczynna. Nie ma kogo pytać o zgodę na przenoskę. Udzielamy jej sobie sami. Kilka kursów po wygodnych schodkach (jest ich blisko 100, przy różnicy poziomów bez mała 20 m.) Szybko poszło. Jesteśmy na jeziorze Hajka. Jeszcze nie na głównym plosie, ale pora na biwak.

Przed zaśnięciem przypomniałem sobie o niewielkimm przekłamaniu informacji przed laty. Drobna skaza na mojej ulubionej mapie przerobiła w nazwie naszego jeziora literę "H" na "B". Jutro dowiemy się, ile bajecznego piękna kryje to nowe jezioro na naszym szlaku.

Następny kilkudzięsięciominutowy odcinek niczym się nie wyróżnił. Po prostu dopłynęliśmy do następnej dużej wsi i zatrzymał nas młyn ulokowany za niewielkim stawem. Warto zapytać młynarzy, gdzie wodować, bo wszystko zależy od pracy urządzeń: wodujemy albo w rzece, albo w kanale. Po kilkuset metrach koryta te się łączą, a most drogowy umożliwia spacer do "centrum handlowego". Znów płyniemy kilkadziesiąt minut do następnej przenoski przez zastawkę zapewniającą nawodnienie stawów hodowlanych ("pstrągarni"). Ta przenoska jest mała, kilkanaście zaledwie metrów. Po lewej największy dapływ - Chotla, też szlak kajakowy, ale bez niebieskich kropek na turystycznej mapie wojskowej.

Lasy odsuwają się ustępując miejsca polom i łąkom, a kierunek trasy zmienia się na północny. Po paru godzinach płyniemy pod mostem kolejowym, za nim nieco dalej linia wysokiego napięcia na wysokich stalowych masztach. Po godzinie znów jesteśmy w lesie i zmęczeni długą trasą z przenoskami biwakujemy na lewym brzegu. (Na kolację jemy pilaw; to najprostsza potrawa biwakowa. I znakomicie smakuje na spływie.)

W Karlinie przeszkoda w postaci wielkiego progu, mocno już rozmytego, nie nadającego się do spływu. Taka atrakcja w centrum miasta!
Dalej smutny odcinek rzeki, od której miasto najwyraźniej odwróciło się. I wreszcie z lewej dopływ - niepozorny, nieciekawy. To Parsęta, która rzeczywiście robi wrażenie dopływu Radwi. Po chwili charakterystyczny huk wody za pobliskim mostem. Z daleka próg nie wygląda groźnie, a że płynę w kajaku sam, przyśpieszam i wpadam z rozpędem w kipiel. Że wyszedłem z tego sucho, zawdzięczam memu "pneumatycznemu" kajakowi, który producent nazwał "pełnomorskim". Każdy inny kajak bez fartucha musi tu nabrać wody. Składaki do takich szaleństw nie nadają się, chyba, że bez pasażera i bez większego bagażu.
Za miastem Parsęta robi się rzeką piękną. Mieszkańcy Karlina uważają Radew za znacznie czyściejszą niż Parsętę, i chyba mają rację, aliści niżej młodzież bez obaw kąpała się w rzece aż do samego Kołobrzegu.
Nie musieliśmy długo czekać na następny próg. Jeszcze w granicach administracyjnych Karlina, którego wybudowania ciągną się wiele kilometrów. Próg jest podwójny i dość zniszczony; lepiej nie płynąć, chyba że tuż przy lewym brzegu, ale po rekonesansie pieszym. Płyniemy dalej piękną spokojną rzeką i po 10 km biwakujemy w starym lesie.
Rano zaliczyliśmy trzeci próg (można płynąć, ale ostrożnie ze składakami). W Kołobrzegu pod pierwszym mostem mały "wodogrzmot" na blokach i kamieniach nieuprzątniętych przez budowniczych. Można przez to przepłynąć (np. po lewej). A gdzie lądować? Tam, gdzie w ogóle można przybić do brzegu, a więc na początku miasta, lub znacznie dalej, za podwójnym mostem drogowo-kolejowym. Wcześniej brzegi rzeki obramowano wysokim pionowym murem, na który wejście jest całkowicie niemożliwe. Spacerujący bulwarami mieszkańcy i kuracjusze obojętnie przyglądzją się kajakom.
Mimo, że do stacji nie jest daleko, najpraktyczniej wynająć autodorożkę. Około godz. 23 wyjeżdża stąd kilka pociągów pośpiesznych do różnych miast Polski.
Gdybym wybrał się tu jeszcze raz, dokonałbym drobnych korekt w harmonogramie.
Krótko mówiąc, bierzemy urlop od poniedziałku do piątku, wyjeżdżamy w piątek tuż po pracy, wracamy w poniedziałek nad ranem. "W pracy odpoczniesz" głosi piosenka pod tytułem "W Polskę płyniemy" (chyba, że coś przekręciłem...) Oczywiście to żart, bowiem nic tak nie pobudza aktywności pracownika, ucznia, studenta, jak udany spływ.
A spływ Radwią musi się udać!
Jesli uwazasz, Czytelniku, ze powyzszy opis moze Ci sie do czegos przydac, ze umieszczanie takich tekstow ma w ogole sens, kliknij tu i wyslij do mnie jedna litere "R" (jak Radew). Jesli nie, wyslij cyfre 0. Dziekuje jk.
Oczywiscie, jezeli nie jestes zbyt leniwy, mozesz napisac wiecej liter, ktore powinny jednak tworzyc jakies wyrazy i zdania na temat turystyki wodnej w Internecie. Bede zachwycony, nawet jesli Twoj tekst nie bedzie dla mnie najmilszy. z powazaniem Jerzy Kubrycht.