W kilku publikacjach internetowych opisano Gwdę i jej górne dorzecze oraz
Piławę z Rurzycą. Tu chciałbym rozszerzyć nieco te opisy propozycją szlaku
poprowadzonego "pętlą płytnicką". Jest to szlak wynaleziony przeze mnie
na mapie i zrealizowany dzięki memu znakomitemu towarzyszowi kajakowych wypraw
- Markowi W.
Było to kilka lat temu, akurat rok przed wydaniem potrzebnej nam mapy 1:100000.
(Teraz już całe dorzecze Gwdy wydano na mapach turystycznych Wojskowych Zakładów
Kartograficznych w skali 1:100000.)
Można, choć z pewnym trudem, przepłynąć trasę w ciągu dwóch tygodni,
można podzielić trasę na dwie niezależne wyprawy po 8 dni każda.
To nie jest trasa dla spływów masowych. Ani Biała, ani Płytnica nie nadają się dla dużych grup z powodu licznych przeszkód i nie zawsze dostatecznej ilości wody. Współczynnik uciążliwości na tych rzeczkach wynosi 4, lub miejscami 5, gdy poziom wody jest szczególnie niski.
3-4 dniowy spływ Białą obfituje w liczne przeszkody w postaci zwalonych drzew, jednak czysta woda i piękne lasy czynią szlak bardzo atrakcyjnym, tym bardziej, że zaczyna się on długim leśnym jeziorem.
Dwudniowy spływ Czernicą jest mniej uciążliwy, a jej końcowy odcinek - urzekający.
Spływ Gwdą przy ładnej pogodzie i sprawnych przenoskach zajmie nam do 3 dni. Ostatni odcinek od zakładu w Tarnawskim Młynie do samego Krępska, to jedno przepiękne bystrze, co czyni spływ wielce atrakcyjnym (bez fartucha może nawet trochę nachlapać).
Szlak Rurzycy opisany w Przewodniku Kosiela zwiedzany tu pod prąd jest jeszcze piękniejszy, niestety nie wszędzie da się wiosłować. Pierwszy dzień na Rurzycy, to raczej pieszy spacer po piaszczysto-kamienistym dnie przeczystej rzeczki. Jest to szlak przemierzany przez małe spływy. W roku 1996 spotkaliśmy tu jednodniowy spływ urzędników z pobliskiego Wałcza z burmistrzem miasta na czele.
Szlak Płytnicy rozpoczynamy od d. PGR Budy, po przenosce o długości 2400m ze szlaku Rurzycy, szerokim duktem leśnym. Nazwa rzeki jest w pełni uzasadniona. W pierwszym dniu 75% czasu pochłonie nam holowanie, w drugim tylko 30%, ale zwiększy się ilość przepychania przez zatory. Mimo braku jezior, właśnie Płytnicę uważam za najatrakcyjniejszą rzeczkę dorzecza Gwdy. Jest ona na długim odcinku całkowicie bezludna, wszędzie czysta. Lasy Puszczy nad Gwdą są wyjątkowo piękne, wysokie, suche, wspaniale nadające się do biwakowania. Spływ zajmie nam 3-4 dni łącznie z końcowym fragmentem wielkiego bystrza Gwdy przed Krępskiem.
Zamiast spływu Gwdą do Krępska, gdzie rozpoczyna się pętla płytnicka, możemy rozpocząć spływ od Złocieńca nad Drawą. Płyniemy pod bardzo słaby prąd do jeziora Drawskiego i dalej do końca jeziora Żerdno. Tu przenoska 2km obok wsi Sikory do przepięknego jeziora Komorze, od którego rozpoczyna się szlak Piławy. Płyniemy nią do ujścia we wsi Dobrzyca i dalej Gwdą pod prąd do Krępska. Prąd nie jest groźny, poza tym większą część krótkiego odcinka stanowi zalew.
Istnieje kilka możliwości transportu kajaków ze szlaku Piławy na rzeczki sąsiednie: w Nadarzycach ok. 3km do Płytnicy, w Szwecji 3km do Rurzycy, w Głowaczewie 1,5 km do Rurzycy. Dodajmy, że Piławę można zwiedzać pod prąd od Nadarzyc.
Proponowane tu trasy nie wyczerpują całego dorzecza Gwdy. jest to dorzecze ogromne. Miasteczko Wałcz leży przy strudze (zwanej Żydówką) wpadającej do Piławki, ta wpada do Dobrzycy, ta do Piławy, dalej mamy Gwdę, Noteć, Wartę, Odrę i Bałtyk. Ilość poziomów w tej wyliczance imponująca. Właśnie z Wałcza biegnie piękny szlak jeziorowy kończący się na Piławie. Przez Krajnę z kolei wiedzie szlak rzeki Głomii z Kocunią (lewy dopływ Gwdy).
Ponieważ od mojego spływu Białą i Czernicą upłynęło 10 lat, opis tego fragmentu będzie raczej "powierzchowny", bo szczegółowe informacje nie powinny pochodzić z tak odległej epoki. "Wszystko płynie", Biała także płynie wymywając nowe wykroty, przewracając wspólnie z wichrami stare przybrzeżne drzewa, porywając prymitywne kładki, a okoliczna ludność lubuje się w konstrukcji ogrodzeń, z których kaczki robią sobie niewiele, lecz kajakarze... Lepiej nie będę powtarzał... Nikt nie zrobi mi zarzutu, że wykorzystuję cyberprzestrzeń do ujawniania opinii kajakarzy o hodowcach kaczek.
Zaczynamy w Białym Borze. Można nieco wcześniej, ale gorzej z dojazdem. W Białym Borze stosunkowo blisko do jeziora z przystanku kolejowego. Od przystanku autobusowego nieco dalej, ale taksówkarz zawiezie nas nad samą wodę. Jezioro nazywa się Bielsko. Bar dzo ładne, dość czyste. Brzegi wysokie, zalesione. Przy bezwietrznej pogodzie płyniemy do południowego końca jeziora 2 godziny. W połowie jeziora wieś Stremlewo. Długi półwysep dzieli jezioro na dwie części. Po dopłynięciu do tartaku zamykającego nasz ak wen czeka nas przenoska ok. 80m. Płyniemy spokojnie pod mostem kolejowym i na parę godzin uciekamy od cywilizacji. Rzeczka meandruje w terenie podmokłym. Podziwiamy bujną florę mokradlaną. Są i ptaki. Gdy po lewej zobaczymy biwak przygotowany przez służbę leśną, warto zeń skorzystać, dalej - na terenie wsi - brak takiej możliwości.
Następne 10 km. spływu wśród łąk i pól. W pobliżu, ale nie bezpośrednio nad wodą, wsie Dębie i Bielica. Rzeczka silnie meandruje, jest przyjemna, czysta, niestety dość uciążliwa.
Wreszcie zaczyna się zwarty las. Rzeczka płynie dostojnie pod koronami drzew. Ilość przeszkód nie zmalała, ale biwaki wspaniałe. Tu rosną rydze! Jest i stała przeszkoda w postaci zastawki; można na niej próbować spławiania kajaków.
Dalej, na polanach poprzedzielanych zagajnikami i mniejszymi laskami, pojedyńcze zabudowania wsi Międzybórz. Możliwość znalezienia biwaków aż do ujścia rzeczki do Czernicy, i dalej, bo lasy towarzyszyć nam będą aż do końca wyprawy.
Spływ Czernicą na odcinku do Czarnego niczym się nie wyróżnił. Na małym odcinku pojawiła się nowa przeszkoda - łoza, ale poprzednicy utorowali przejście między gałęziami. Poza tym charakter nowej rzeki nie zmienił się: była spokojna i dość bezludna, choć od czasu do czasu widywaliśmy wędkarzy, ale, co najważniejsze, ilość przeszkód znacznie zmalała. No i więcej lasów niż nad Białą. Gdzieś w tych lasach można odwiedzić rezerwat cisów, jednak po uprzednim zasięgnięciu języka.
Przedmieścia Czarnego nie robią najmilszego wrażenia. Ciekawe, że wszystkie miasta odwracają się do swych rzek plecami wystawiając na widok płynących swą najbrzydszą "architekturę". Ryneczek w Czarnem ślicznie zagospodarowany, przyległe uliczki także, ale aby tu dotrzeć (zakupy), musimy przenieść nasz dobytek przez ruchliwą ulicę lądując, zależnie od sytuacji, na końcu prawego odgałęzienia, lub na grobli dzielącej rzekę na dwa ramiona. Lądowanie w prawej odnodze może okazać się niewykonalne przy niskiej w odzie z powodu mułu. Ponieważ woda w rzece jest bardzo czysta, w pogodny letni dzień grobla oblegana jest przez plażowiczów do tego stopnia, że przenoska pomiędzy rozłożonymi ręcznikami i kocami z opalającymi się jest sztuką nie lada. Byliśmy zadowoleni, że w ogóle znaleźliśmy miejsce na przybicie do brzegu.
Za to ostatni kilkukilometrowy odcinek rzeki - przepiękny! Las i strome urwiste brzegi wysokie na kilkanaście metrów. W wielu miejscach do rzeki przylegają odgrodzone trzcinkami i wysepkami małe oczka stojącej wody z liśćmi grążeli. Raj dla narybku. Przes zkód niewiele. Podczas naszego spływu prawy brzeg rzeki okupowały siły zbrojne, ale żołnierze zachowywali się cicho - widać nie mieli dzial albo amunicji.
Gwda - zielona, szeroka, zdecydowana, szybko nas niesie w leśnym tunelu do przeszkód, które możemy nie tylko pokonywać, ale zwiedzać. Szczegóły opisał Michał Gomuliński na stronie Fascynują ca Rzeka Gwda.
W roku 1992 odbyłem spływ pętlą zaczynając go w Ptuszy. Do tej miejscowości najłatwiej dojechać pociągiem. Stacyjka leży na linii Piła - Szczecinek. Transport sprzętu po asfaltowej drodze blisko kilometr, ale dla posiadaczy wózków to niewiele, bo droga pr owadzi raczej w dół. (Tu uwaga dla nowicjuszy: po drodze mijamy kanał prowadzący "do nikąd" - nie należy na nim wodować!)
Po wygodnym wodowaniu tuż za mostem spokojnie dopływamy do dużego rozlewiska w Tarnowskim Młynie. Tu przenoska przez teren tartaku. Płyniemy dalej jeszcze przez kwadrans i wreszcie wpływamy na pierwsze bystrze. Jest niewielkie, ale po chwili drugie, już w iększe. Dalej trudno je liczyć, bo często łączą się ze sobą. Z wody sterczą wielkie wypolerowane glazy, my wystrzegamy się przede wszystkim tych niewidocznych. Niektóre bystrza mają wysoką chlapiącą falę. Jesteśmy bardzo zaabsorbowani nawigacją i możemy n awet nie zauważyć z prawej ujścia Płytnicy, którą planowo za tydzień powinniśmy znów tu wpłynąć, by po raz drugi zaliczyć końcówkę bystrz. Ciągną się one do wsi Krępsko.
Most drogowy (ważna szosa Piła - Koszalin) sygnalizuje nam koniec "grzmiącej rzeki". Na prawym brzegu można ewentualnie biwakować. My wpływamy za mostem w prawo do ujścia Rurzycy. Zatrzymajmy się przy moście w centrum wsi. Radzę zdecydować się na trans port sprzętu za cmentarz wiejski w okolice ruiny starego młyna. Inaczej czekają nas ciężkie przenoski.
Holujemy kajaki pod prąd bardzo płytkiej rzeczki. Próba płynięcia zakończyła się oberwaniem pióra mego drewnianego wiosła - na szczęście wożę ze sobą kilka nierdzewnych gwoździ. W miejscu, gdzie prąd zanika, a rzeka staje się głęboka i z prawej graniczy z lasem, miejsce na odpoczynek. Nie używam tu słowa biwak, bo legalny biwak znajdziemy dopiero na początku drugiego jeziora.
Idziemy dalej pod silny prąd, a rzeczka systematycznie pogłębia się. W końcu decydujemy się płynąć, bo spacer pieszy grozi zamoczeniem się po pas, lub głębiej. Dopływamy do mostu nieczynnej kolei. Przez most wiedzie droga gruntowa prowadząca do stacji Płytnica (900m). Drogą prowadzi szlak rowerowy; wzdłuż rzeki, na całej jej długości - lewym brzegiem poprowadzono szlak pieszy (płynąc pod prąd lewy brzeg mamy po prawej ręce). Tu można ewentualnie rozpoczynać spływ skrócony unikając kłopotliwego holo wania i przenosek. Dalej na Rurzycy nie ma już tego rodzaju przeszkód.
Na obu brzegach wspaniałe lasy. Uroku dodają nadwodne świerki. To rzadkość na trasach spływowych.
Wpływamy na pierwsze jezioro. Dostępne w zasadzie tylko dla wędkarzy. Nazywa się Dębno. Jest bardzo ładne i ciche; brzegi ma przeważnie zarośnięte.
Krętą rzeczką o łagodnym prądzie dopływamy do następnego jeziora o nazwie
Krępsko Środkowe. Zaraz po lewej zorganizowana
stanica wodna w pobliżu
leśnictwa Wrzosy.
Tu 13 lipca 2000 roku zatrzymałem się z rodziną na dziesięciodniowy biwak "wypoczynkowy" (kajak mieliśmy także, ale pogoda raczej nie zachęcała do spacerów wodnych; zrezygnowaliśmy z nich na rzecz grzybów). Stanica piękna, lasy wspaniałe i bardzo "grzybne". Na miejscu można z odpowiednim wyprzedzeniem zamówic pstrągi grilowane w ziołach. Dla podniebienia to rozkosz, której nie potrafię opisać! Biwakowaliśmy na rozległym płaskowyżu; kajakarze zatrzymywali się niżej, bliżej wody. Spływy łączyły degustację pstrągów z degustacją stosownych napojów i suszeniem przemokniętej odziezy przy kominku. zdję-cia Obowiązkowo każdy chętny podpisywał się na powale.Brzegi jeziora wyjątkowo wysokie. Szkoda, że najwyższa partia lasu na brzegu prawym (południowym ) została wycięta. Na brzegu przeciwnym upamiętniono miejsce pobytu spływającego niegdyś tędy kardynała Wojtyły.
Następne, równie piękne jeziora, to Krępsko Górne i znacznie mniejsze - Trzebieszki. Przejście do Krępska Górnego krótkim odcinkiem rzeczki, przy którym dawne znakomite pole biwakowe opatrzono tablicami "BIWAKOWANIE WZBRONIONE". Do tego miejsca można prze jść drogą leśną z Głowaczewa. Tylko 1,5 km. A Głowaczewo leży nad Piławą - poniżej Szwecji. Niestety, droga udostępniona jest tylko dla wędkarzy, proponuję więc, w celu legalizacji przenoski, zabierać z sobą wędkę. Podobnie leśny parking w pobliżu jeziora dostępny jest tylko dla wędkujących samochodów.
Za jeziorem Trzebieszka czeka nas karkołomne holowanie pod mostem drogowym. Podobno płynięcie dalej wymaga specjalnego zezwolenia. My o tym nie wiedzieliśmy. Krępsko Długie to jezioro nieco tylko dłuższe od poprzednich. Dalej odcinek leśnej rzeczki, nieco trzcin, przewężenia, wreszcie ostatnie jezioro Krępsko Małe. Bardzo ładne, ale nieco mętne z powodu rozwoju mikroflory. Rurzyca ma źródła 2 km wyżej w pięknym wyjątkowo głębokim parowie zwanym Wilczym Jarem (Na mapie nazwa Diabli Skok -chyba adekwatniejs za do rzeżby terenu). Górą wiedzie szlak znakowany, ten sam, o którym była mowa wcześniej.
Aby znaleźć drogę do dawnego PGR Budy, lądujemy zaraz po wpłynięciu na jezioro Krępsko Małe na pierwszym stanowisku wędkarskim po naszej prawej stronie. Lądowanie wygodne, ale wspinaczka na wysoki brzeg dość karkołomna. Ścieżka wiedzie przy miniparowie ze źródełkiem i prowadzi wprost na dukt leśny wiodący na częściowo opuszczone baraki popegeerowskie. Tylko 2400 m prostą jak strzelił drogą leśną. Wózek toczy się dość dobrze, pod koniec jest trochę piachu, ale niewiele, można jechać. Po drodze zbieramy grz yby na kolację.
Tuż za barakami płynie przeczysta Płytnica mająca tu postać głębokiej strugi łąkowej. Można wygodnie wodować i płynąć bez przeszkód do wsi Budy. To tylko 3 km. Ponieważ jednak zmęczyła nas przenoska, biwakujemy przed wsią w wysokiej trawie w pobliżu la su.
Wieś Budy, Sklep. Robi się płytko. Trochę holujemy, trochę próbujemy płynąć do następnej wsi Prądy. Na obu brzegach las. Przepływamy pod szosą, tą samą, która wiedzie z Piły do Koszalina przez Szwecję nad Piławą i Trzebieszki nad Rurzycą.
Teraz zaczyna się najdzikszy i najpiękniejszy odcinek szlaku. Nie śpieszmy się. Nawet holowanie nie spawi nam przykrości, gdy pogoda dopisuje. Przeszkody zdarzają się często, ale jest tak uroczo, że nawet obnoszenia nie są niemiłe. W zasadzie cały tere n jest jednym olbrzymim biwakiem. Wiele jałowców, świerków, brzóz. Zdarzają się odcinki porośnięte trzciną, z głęboką wodą, zdarzają się też przepiękne fragmenty majestatycznej, głębokiej rzeki płynącej w leśnym parowie. Miejscami odnosimy wrazenie, ze je stesmy na Kanale Augustowskim. Są też "stałe" obnoszenia, nie zawsze wygodne, przy zrujnowanych, prymitywnych urządzeniach wodnych. Szlak jest wyraźnie nieprzetarty, widać że nikt tędy nie pływa. A szkoda! Czasem można spotkać wędkarzy - łowców lipieni (l ipień to krewny pstrąga i łososia). Ci nie noszą pudełek z robakami, lecz używają przynęt sztucznych. W połowie odcinka większy staw młyński i oczywiście przenoska.
Jesteśmy w centrum Puszczy nad Gwdą. Stwierdzamy, że ilość wody, a zwłaszcza jej głębokość zwiększa się - w okolicy stawu dopływ z lewej. Holowanie wpisujemy na listę wspomnień. Ale zwalone drzewa towarzyszyć nam będą do końca.
Most kolejowy. Płyniemy w sklepionym z cegieł beczkowatym przejściu pod torami linii Piła - Białogard. Zaraz za mostem po prawej wygodne ladowanie i ładny, duży biwak dla tych, którym łoskot przejeżdżających pociągów nie przeszkadza.
Pojawiają się pojedyńcze zabudowania wsi Płytnica. W większości są to dacze. Rdzenni mieszkańcy rozmiłowani są w przegrodach z żerdzi, z siatek drucianych, w budowaniu kładek i w innych z punktu widzenia kajakarzy niepotrzebnych inwestycjach. Jest także m łyn i piękny, gęsty zwał pni. Płytnica, to duża wieś. Jest bar, są sklepy. Stąd proponuję, na zakończenie pętli, spływ końowym odcinkiem wielkiego bystrza rzeki Gwdy. Lądujemy w Krępsku, ale nic nam nie przeszkadza w dopłynięciu do samej Piły.
Spływ Piławą opisał i zdjęciami opatrzył sam Kosiel w swym Przewodniku. Ja ponawiam propozycję rozpoczęcia spływu w Złocieńcu. Dojazd pociągiem i autodorożką do stanicy wodnej. Płynąc pod słaby prąd zabłądziliśmy i wpłnęli na jezioro Wilcze. Piękne, ale krajobraz nie zgadzał nam się z mapą i na szczęście w porę zauważyliśmy pomyłkę, choć płynąc do końca, po bardzo długiej przenosce dotarlibyśmy do zatoki Henrykowskiej na jeziorze Drawskim (nawiasem mówiąć zatoka przecudna). Zawróciliśmy. Okazuje się, że ł atwo zmylić drogę plynąc pod prąd - można zamiast rzeką główną skierować się w górę dopływu. Na Drawsku - ogromnym, głębokim, pięknym, czystym, rybnym jeziorze "wielorynnowym" (połączenie kilku krzyż ujących się jezior rynnowych w jeden akwen) - biwakowaliśmy na wyspie.
Dalej było Żerdno i słynna przenoska w Sikorach. To duża wieś, w której można próbować organizacji transportu. Jeśli liczymy na własne siły, to przeprowadźmy rozpoznanie ze szczytu pobliskiej górki. Wybierzmy ścieżki polne po lewej stronie maleńkiego jezi orka. Doprowadzą nas one do lewego krańca wsi, skąd betonową uliczką dojdziemy wygodnie do szosy (przystanek autobusowy warunkowy), którą przecinamy i drogą gruntową dochodzimy na brzeg jeziora.
Komorze - początek Piławy - uważam za najpiękniejsze jezioro całego
Pojezierza Pomorskiego.
. Wypływ na końcu jeziora po
prawej. Betonowy
przepust możemy pokonać leżąc w kajaku. (Poprzedni przepust był na to za mały i trzeba było obnosić.) Płyniemy przez
szereg jeziorek leśnych i zaliczamy mały odcinek prawdziwej rzeczki. Nie
będę podawać szczegółów, proponuję zerkać do mapy.
Atrakcją spływu Piławą jest możliwość zboczenia do miasta Borne Sulinowo. W lipcu 2000 zrobiłem tu kilka zdjęć, niestety pogoda nie dopisała i fotki są trochę zamglone. Zacznijmy od "przedmieść", które do dziś świadczą o wojskowej przeszłości Bornego. Spacerkiem zbliżamy się do centrum. Główna ulica okazala, obok małe targowisko. Całe miasteczko ukryte w starym lesie! Szkoda że takie biedne!
Piławę zwiedzałem dwa razy. Ostatni w roku 1996, pierwszy - kilka lat wcześniej. W ubiegłym 1996 roku minęliśmy Nadarzyce, Szwecję i dopłynęliśmy do Głowaczewa zaliczając przenoskę na szlak Rurzycy.

Wpływając na jezioro Pile spotkaliśmy parę studentów kończącą obiad. Wybierali się na Piławę i dalej na Rurzycę. Umówiliśmy się, że dobijemy do nich po naszym spóźnionym obiedzie, a oni znajdą dla nas miejsce na namiot. Zbliżała się burza. Czarne chmury rozwijały się nad wypływem rzeki. Nie wiem, jak to się stało, że uniknęliśmy deszczu podczas obiadu i dalszego spływu na jezioro Długie. Burz było kilka, każda groźniejsza od poprzedniej. Płynęliśmy między nimi szczęśliwie, dopiero tuż przed biwakiem zaha czył nas lekki deszczyk. Znajomi rozbili się na łączce na prawym brzegu. Był tam także jakiś wędkarz z samochodem. Zostaliśmy.
Było to w ostatnim roku pobytu wojsk radzieckich w Bornem Sulinowie. Ich terytorium sięgało lewego brzegu naszego wąskiego, długiego jeziora. My biwakowaliśmy na stronie "polskiej" - prawej. W centrum kraju mieliśmy więc rzekę graniczną - właśnie Piławę. W nocy deszcz ustał zupełnie, ale niebo było zachmurzone i ciemności panowały "egipskie". Stałem przy namiocie i zastanawiałem się intensywnie, co też przerwało mój lekki sen. Chyba jakiś pta k wodny... Rytmiczne chluptanie nie ustawało, raczej nawet przybliżało się. Wtem zdałem sobie sprawę, że to pagaje i płynącymi z pewnoscia nie sa Polacy, bo cóż mieliby tu robić na rzece granicznej. Przezornie schowałem się za namiot i dobrze zrobiłem, bo po chwili całe niebo rozbłysło licznymi smugami reflektorów. Łodzi było chyba dziesięć. Smugi światła penetrowały pracowicie wszystko: samochód wędkarza i jego namiocik, nasze namioty, kajaki, drogę do lasu, krzaki, trzciny, a wszystko to w absolutnej ciszy. Widowisko niezapomniane! Nie wiedzieli, że ja byłem widzem ich pożegnalnego spektaklu. Sojusznicy najwidoczniej nie planowali desantu na polskim brzegu. Po dwóch minutach światła zgasły, a pluski pagajów oddaliły się.
Dzień wstał pogodny. Pożegnawszy studentów popłynęliśmy naprzód licząc, że dwuosobowa załoga mieszana bez trudu dogoni składakiem nasze pneumatyczne łódki kajakopodobne. Stało się inaczej. Przepłynęliśmy daleko za Nadarzyce, kończąc następnego dnia w Szwe cji. Dzielna para albo nie miała ochoty na takie tempo spływu, albo, co dość prawdopodobne, zabłądziła na rozlewiskach przed Nadarzycami. (Kochani, jeśli mnie czytacie, dajcie znać!)