Wspomnienie o Drawie

Magódce


Nie przepadam za wczesnym wstawaniem. Szczególnie nie lubię zarywania nocy, a podczas tej doby nie spałem w ogóle... Mój spacer w ciemności przerwałem na skraju mieściny. Jakieś płoty, wysypiska - światło dalekiej latarni przestało oświetlać wyboje, po których szedłem. Po prawej tory kolejowe, po lewej, gdzieś daleko, niewidoczne jezioro. Jedyne logiczne pytanie, które mogłem sobie zadać brzmiało: co ja tutaj robię? Co tu robię sam o czwartej rano w zupełnie nieznanym miejscu?

Tak naprawdę, nie byłem sam. Marek został na stacji kolejowej i pilnował naszych bagaży, i niewykluczone, że pomyślał o kawie na śniadanie. Lato miało się ku końcowi. Wrześniowy ziąb zmusił mnie do zawrócenia.

Napis na stacyjce oznajmiał miejscowość "Drawno", a ja zbyt byłem niewyspany, by uzmysłowić sobie pochodzenie tej nazwy. Jechaliśmy tu z Torunia całą noc. Nasz bagaż, to dwa dmuchane małe kajaki gumowe, dwa plecaki, namiocik i wiosła związane razem z wędkami. Mieliśmy przed sobą cały tydzień najpiękniejszej przygody - spływu przez serce Puszczy nad Drawą, przez obecny Drawieński Park Narodowy. I był to ostatni moment na taką wycieczkę, bo już w roku następnym nad rzeką pojawili sie nieuprzejmi strażnicy sprawdzający pokwitowania opłat za spływ i z najwyższą surowością ścigający "dzikich biwakowiczów".

Nad ranem nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, że czeka nas najpiękniejszy spływ, najpiękniejszą (po Pliszce) rzeką puszczańską, nie tylko w Polsce, ale chyba w całej Europie.

Nasz benzynowy prymusik wesoło terkotał na nieużywanej od lat ławce peronowej. Zadzwoniła pokrywka imbryczka unosząc się i opadając w kłębach pary. Kawę połączyliśmy z przekąską, ale po nieprzespanej nocy apetyty nam wyraźnie nie dopisywały. Gdy wreszcie zadniało, przenieśliśmy się nad jezioro. W pobliżu stacji nie było dobrych miejsc do rozpoczęcia spływu. Znaleźliśmy parę metrów trawy z możliwością wodowania w rzadkich szuwarach z zatopionej tam wielkiej opony od traktora. Pierwsze wodowanie, to zwykle ponad pół godziny pompowania, wyważania, pakowania, przepakowywania.

Zawsze podczas odbicia od brzegu odczuwam ulgę: nareszcie płyniemy, odbijamy nie tylko od brzegu, także od cywilizacji. Tu stwierdziliśmy, że następne z połączonych jeziorek było bliżej centum miasteczka i "wyposażono je" w piękną plażę. Słońce jakoś nie mogło przebić się przez chmury i początek spływu jeziornego był bardzo ponury, na dodatek krążyło nad nami mrowie czarnych ptaków. Chyba odbywały już jakąś daleką podróż i tu urządziły sobie międzylądowanie.

Bałem się własnego zmęczenia. Wiosłowanie po bezwietrznym, sennym jeziorze groziło "przyśnięciem", bezwiednym oparciem się o gumową burtę i ocknięciem się w kajaku napełnionym do połowy wodą. Woda bieżąca nigdy nie działa tak usypiająco. W końcu doczekaliśmy się. Wypływ Drawy znalazł się po lewej, w połowie jeziora, zupełnie zgodnie z mapką. Rzeka, początkowo leniwa, wprowadziła nas do lasu, w którym płynęliśmy już dalej bez przerw przez cały tydzień. Na wszelki wypadek płynęliśmy ostrożnie. Drawa, to nie Drwęca - słyszeliśmy wiele o jej dzikim pięknie. To miała być rzeka nieokiełznana, kapryśna, czasem groźna i nieobliczalna. I taka bywa Drawa przy wysokim stanie wody. Stan wody podczas naszej wycieczki należałoby ocenic jalo "górną strefę stanów średnich". Gdy około dziewiątej przebiło się słońce, wiedzieliśmy, że tego dnia mamy murowaną pogodę. A ta murowana pogoda trwała przez cały tydzień, ale o tym pierwszego dnia nie mogliśmy jeszcze wiedzieć. Musieliśmy dotrzeć do Krzyża na czas i każdy pogodny dzień należało wykorzystać na płynięcie.

Płynęło się coraz trudniej, bo rzekę jęły przegradzać zatopione drzewa. Wzorem rybaków znad Bachotka nazywaliśmy je topielicami. Wcześniejsze spływy przerąbały przejścia, ale największą trudnością było w nie trafić. Najbezpieczniejszym sposobem było wiosłowanie do tyłu przed każdą przeszkodą i wyszukiwanie przejść "na wstecznym biegu".

"Drogi" między topielicami były coraz bardziej grzmiące, prąd coraz bystrzejszy, a przejścia coraz krętsze i coraz trudniejsze do odczytania. Wtedy jeszcze nie znaliśmy żadnego TAO kajaka. Zresztą rady, jak trzymac wioslo i jak nim operować wśród gałęzi, kamieni i pniaków raczej rzadko dawały się stosować. Najczęściej brakowało na to miejsca. Gdzieniegdzie jednak oczekiwały nas przepiękne odcinki spokojnej wody w szpalerze starych drzew, z wysokimi brzegami i szumiącym w górze lasem.

Gdzie biwakowaliśmy? Tylko tam, gdzie bylo najładniej. A najmilej wspominam biwak na brzegu lewym, przed ujściem Korytnicy, a dokładniej przed ujściem rzeczki wpadającej do Drawy jeszcze o kilkaset metrów wcześniej. Biwak niewielki, dostępny tylko od strony wody. Miejsce na ognisko otoczone czestokołem z bali drewnianych. Tablica informowała, że biwak jest legalny pod warunkiem uiszczenia opłaty w/g cennika, w którym najbardziej rozśmieszyła nas pozycja ustalająca opłatę za ustawienie przyczepy kempingowej. Tu przeżyłem pouczającą przygodę, o której wspominam z zawstydzeniem, bo gdy teraz o niej pomyśle, to zdaję sobie sprawę, że naruszyłem niepisane prawa przyrody puszczańskiej. To było tak: po zapadnięciu ciemności, na najwyższym drzewie przy nasym namiocie usiadło jakieś ptaszysko i przeraźliwym głosem jęło nawoływać
- Khra! Krha! Khrha!!!
Po krotkiej przerwie znów
- Khra! Krha! Khrha!!!
Nie myśląc wiele skierowałem snop swiatła latarki na szczyt drzewa. Ptak umilkł, a ja latarkę zgasiłem. Po chwili ptak spróbował znowu
- Khra! Khra! Khrha!!!
Postanowiłem wychować ptaszysko i nieustępliwie na każde zakrakanie zapalałem swiatlo. Ptak milkł posłusznie, dopiero po dziesiątej próbie zbuntował się i zakrhakał jeszcze głośniej
- Khra! Khra! Khra!!!
- Khra!! Khra!!! Khra!!!!!!
najwyraźniej odreagowując w ten sposób swój stres. Odleciał gdzieś dalej, a po drodze wykrzykiwał pod moim adresem
- Khra! Khra! Khra!!!
- Khra! Khra! Khra!
Chyba zrozumiałem, co mi chciał powiedzieć.

Czy powinienem przyznać się do jeszcze jakiegoś innego zakłócania praw przyrody? Chyba nie. No, może wsypywanie do rzeki popiołu fajkowego. Fajkę paliłem wtedy nałogowo, a opróżnienie jej z wypalonego tytoniu w gumowym kajaku wymagało kilku puknięć fajką o jakiś twardy przedmiot. Jedynym takim przedmiotem było wiosło. Zwykle zapalałem fajkę po pokonaniu spiętrzonych przeszkód i wypłynięciu na spokojną wodę. Czasami jeszcze teraz załuję, że rozstałem się z tym nałogiem bezpowrotnie, bo jak można poważac marynarza bez fajki? A w dalszej części opowieści fajka odegra znaczącą rolę.

Przenieśmy się jednak na inny biwak na prawym brzegu. To był biwak "wędkarski". Wybral go Marek. Ja nigdy tam bym się nie zatrzymał, ale że jestem "zgodliwy", a Marek właśnie tu wyczuł wielkie ilości wielkich ryb, zatrzymaliśmy się przy gigantycznej polanie, pod osłoną przybrzeżnych olch. Polana nadawałaby się w razie potrzeby na spore lotnisko. Marek rozwinął swój sprzęt, a ja zabrałem się do pitraszenia dwudaniowej kolacji z ryżem, który podgotowany w pierwszej kolejności "dochodził" opatulony w śpiwory. W tym czasie powstawała zupa i jakiś pikantny sos z mięsem. To miała być ucha i leszcz duszony, ale zgodnie z moimi przewidywaniami ryby trzeba bylo zastąpić wieprzowiną z puszek. Slońce zaszło. Kolację jedliśmy prawie po ciemku. Rosa padła prawdziwie jesienna. Ułożyliśmy się wygodnie w namiociku i sen jął nas morzyć po dniu pracowitym. Niestety nie od razu udało nam się zasnąć. Ze skraju polany dobiegł nas dziwny odgłos - jakieś niespotykane beknięcia, czasem żałosne, częściej groźne. To jelenie rozpoczeły wlaśnie na naszej polanie swe coroczne gody. Jelenie przebekiwały się nawzajem coraz głośniej. Niektóre beczały barytonem, niektóre tenorem, aż odezwał się najgrubszy, najgroźniejszy bas króla puszczy. Po nim konkurenci ucichli, za to cieniutkim dyszkantem odezwał się nieletni jelonek, który też poczuł się w obowiazku zaznaczyć swoją obecność na rykowisku. To trzeba było słyszec! Szczeniak rozbawił nas do łez.

Trochę niewyspani próbowaliśmy łowić już przed świtem. Nie brało nic. Marek torturował na swoich haczykach jakieś wykopane robaczki, ja podobnie jak na Drwęcy moczylem serek, bo znana nam była z opowiadań liczna rodzina wielkich brzan "drawieńskich". Dopiero gdy słonko przygrzało, odbiliśmy od brzegu. To nie był najładniejszy biwak, ale kto z kajakarzy biwakuje na rykowisku? Mam nadzieję, że nasza obecność nie przeszkodziła jeleniom w ich odwiecznym ceremoniale. Zachowywaliśmy sie bardzo cicho.

Marek trochę został w tyle. Powiedział, że dogoni mnie na pierwszej przeszkodzie. Wiedziałem, że nie zwinął do końca wędki i pewnie spróbuje w nastepnym "murowanym miejscu". Odcinek był wyjątkowo spokojny jak na Drawę. Pozwoliłem prądowi nieść kajak ku brzegowi, a sam począłem nabijać fajkę. Patrzyłem, gdzie dryfuję. Zbliżałem się w absolutnej ciszy do maleńkiej zatoczki zasłoniętej przez rozłożysty krzew. Krzew minąłem blisko, ale nie zahaczyłem go. Chciałem tu na chwilę przycumowac do brzegu. Zwykle w takich miejscach można wygodnie wyjść na ląd. W tym wypadku jednak o lądowaniu nie mogło być mowy. Ze środka zatoczki wyrastał olbrzymi "krzew" zupełnie bez liści... Nagle zdrętwiałem. To nie był krzew. To gigantyczne poroże, a jego właściciel pił właśnie wodę, a ja płynąłem wprost na niego.
- Boże, to przecież sam Król Puszczy!!!
Byłem tuż, tuż - gdyby Jego Wysokość zechciał, bez trudu uniosłby w górę mnie wraz z kajakiem. Monarcha jednak tego nie zrobił. Przez moment patrzył na niecodzienną zjawę, która do niego dopływała. Zjawa była chyba zdumiona jeszcze bardziej, bo wymamrotała idiotyczne słowa
- Cześć Kolego!
Nie wiem, czemu tak doń przemówiłem, na przemyślenia nie było czasu. Władca zachował się tak, jak bohaterowie kreskówek: był, i po ułamku sekundy nie było nikogo, i tylko oddalający się chrzęst łamanych gałęzi utwierdzał mnie w przekonaniu, że to nie był sen, ani przywidzenie.

Król Puszczy nie był jedynym dzikim zwierzem, które spotkałem tego dnia. Tym drugim była najprawdziwsza dzika świnia. Kąpała się przy brzegu prychając jak mors. Co ją do tego zmusiło? Na wszelki wypadek ominąłem ją (a może go) z daleka. Dalej rzeczywiście zatrzymałem się przed przeszkodą. Była poważna. Najprawdziwsza elektrownia za maleńkim zbiornikiem retencyjnym. Tu czekała nas piękna przenoska - cztery razy po 100m i kawałek karkołomną ścieżką w dół.

W zasadzie tu puszcza sie kończyła, co nie miało dla płynacych żadnego znaczenia, bo lasy towarzyszyły rzece cały czas. Nie mogę dać głowy, że opisywane tu miejsca, zwłaszcza biwaki, usytuowane były dokładnie w takiej kolejności, jak tu podaję, ale nie piszę przewodnika i proszę wybaczyć mi ewentualne niezgodności w chronologii.

Gdy Marek poszedł jakąś szosą do pobliskiej wsi po chleb, zabawiałem się pokonywaniem małego odcinka rzeki pod prąd. Oj nie było to łatwe, zwłaszcza dmuchaczem. Czegoś jednak to ćwiczenie mnie nauczyło. Im blizej brzegu, tym łatwiej, bo udaje się wykorzystywać nawet najmniejsze prądy wsteczne, a główny nurt znaczyły płynące liście, które już sporadycznie opadały z przybrzeżnych drzew.

Rozpierała mnie duma: przeplłynęliśmy Drawę bez żadnej "wysypki". Mój kajak miał wyraźne braki powietrza w swych głównych komorach. Za pompowaniem nie przepadam - jakoś do obiadu dopłynę. Rzeka rzeczywiście była łatwa. Zapaliłem fajkę i płynąłem powoli jakieś 200m za Markiem. Zamyśliłem sie głęboko, dopiero charakterystyczny szum wody sprowadził mnie na ziemię, a dokładniej "na rzekę". To zwykłe stare zwalone drzewo. Nie miało gałęzi, tylko ich kikuty strzelały pionowo z wody tworzac rzadki płot. Po drodze takich przeszkód było wiele. Leniwie powiosłowalem do tyłu, ale prąd przed przeszkodą zrobił się nie tylko szybszy, ale dla zmylenia szedł "z ukosa". Zamiast do bramki trafiłem w żerdź. Normalnie kajak powinien obrócić się bokiem, nabrac trochę wody, ale utrzymać się na jej powierzchni razem z bagażem. Kajak bez powietrza po prostu załamał się w pół, a ja znalazłem się po szyję w rwącej wodzie. Na dodatek powietrze w głównych komorach ochłodzonych teraz wodą skurczylo się jeszcze bardziej. Mego bagażu oczywiście nie przytwierdziłem i teraz popłynął w dół rzeki. Wyjścia na brzeg w tym miejscu nie było. Trzymając w ręku flak kajaka z resztą bagażu, wymacując stopami jakieś gałęzie przelazłem przez topielicę i spróbowałem wsiąść do kajaka. To nie było łatwe. Okręt wypełniony był do połowy wodą i miał wielką ochotę załamać się ponownie. Szczęśliwie udało się. Postanowiłem dogonić mój mały plecaczek, bo w nim miałem popakowaną w workach foliowych suchą bieliznę. Inne moje zagubione pakunki nie były tak ważne.

Na szczęście nie musiałem płynąć daleko. Marek początkowo zatrzymał się, by na mnie poczekać, tymczasem zamiast mnie przypłynął plecaczek, później torba z jakimiś drobiazgami, płaszcz przeciwdeszczowy, który zresztą nie przydał się ani razu, nawet stare trampki. Wszystko to Marek pozbierał dzielnie i wyrzucił na małą łączkę na wysokim brzegu, i ruszył pod prąd na ratunek.

Wylądowaliśmy i sprawdziliśmy: nie brakowało niczego. Nagle przypomniałem sobie, że musiałem chyba zgubić fajkę, bo nigdzie jej nie było. Znalazła sie szybko - cały czas trzymałem ją w zębach. Okazało się nawet, że jeszcze nie zgasła.

Wczesny obiad, slowa "lunch" na spływach nie używam, zrobiliśmy w miejscu naszego awaryjnego lądowania. Niestety trochę zamokła mąka i cukier, a cały sprzęt gospodarstwa domowego wymagał przesuszenia. Zwilgotniał także mój tytoń fajkowy. Odzież i spiwór zapakowane w szczelne worki foliowe nie ucierpiały. Po obiedzie znalezliśmy znakomity legalny biwak na ogromnej łące. Słońce paliło jak w lipcu. Do podwieczorku cały mój zmoczony ubiór wysechł jak pieprz.

Na nocleg zatrzymaliśmy się na wysokiej skarpie na lewym brzegu. Jedyną pamiatką po kąpieli byl zawilgocony tytoń. A tytoniu suszyć się nie da. Próbowałem na patelni. Las napełnił się cudownym egzotycznym zapachem, ale w fajce toto smaku nie mialo żadnego.

Następnym naszym biwakiem na brzegu prawym była polana z drewnianą makietą statku rzecznego. Kto i po co zrobił to straszydło? Zatrzymaliśmy sie 100m przed tą polaną przy drewnianym pomościku. Może tu będą ryby? Na ryby jeszcze czas. Ważniejsze są grzyby. Wprawdzie upały są wrogiem grzybów, ale nad rzeką znaleźliśmy pokaźne gniazdo kilkunastu kani. Były jeszcze małe, ale do kolacji powinny podrosnąć. I to był mój drugi poważny błąd podczas tego spływu. Kanie nie podrosly. Kwadrans po naszym odkryciu ujrzeliśmy starsza kobiecinę z koszykiem pełnym kani. Szła sobie spokojnie brzegiem rzeki. Pobiegliśmy na nasza plantację - ani jednego grzybka nie było! A ryby też tego dnia nie brały!

Wykorzystaliśmy te wyjątkowo komfortowe warunki na sprawdzenie szczelności naszych statków i na klejeniu łatek w podejrzanych miejscach. Komory wydawały się szczelne, ale przepychanie się przez gałęzie to dla dmuchaczy ciężka próba.

I tak nasza wycieczka dobiegła końca. Sprzęt spakowaliśmy na dużej polanie przed torami w Krzyżu. Na obiad zrobiłem zupę, w której znalazły się wszystkie resztki naszych zapasów spożywczych. (Była pyszna!) Autodorożka dowiozła nas na dworzec. Tu w pociągu postanowiliśmy zwiedzić w przyszłości górny odcinek Drawy pod prąd. Ten zamiar zrealizowaliśmy, a sprawozdanie ukazało się w internecie jako opis tras kajakowych dorzecza Gwdy (bo z jezior dorzecza Drawy przenieśliśmy się w Sikorach na jezioro Komorze i popłynęli dalej Piławą).

Jerzy Kubrycht