Dniestr 1928
Nie wiem, jaką datę należałoby przyjąć za początek
turystyki kajakowej w naszym kraju. W każdym razie będą to
raczej lata dwudzieste. Wcześniej kajakami nikt nie pływał
i nikt nie wiedzial, jak toto wygląda. Ale już w latach
trzydziestych znany film polski (nie podaję tytułu, by nie
popełnić pomyłki) "wylansował" niewątpliwy przebój "Ach jak
przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda ..."
śpiewany przez dziewczęta podczas zajęć przysposobienia
sportowego w kajakach na Wiśle. Na filmie było ich kilkadziesiąt,
co wskazuje, że rozwój "kajakarstwa" dokonał się żywiołowo.
"Rasowi turyści" nie mieli wielkiego wyboru, bo i kolarstwo
było w takich samych powijakach, i automobile należały jeszcze
do rzadkości, nie było też autobusów i niezawodnym środkiem
lokomocji turysty były jego własne nogi. Typowym wyposażeniem turysty
był plecak, nóż, siekierka (do budowy szałasu), garnek, zapałki i
rewolwer (do odstraszania intruzów - najczęściej niedżwiedzi). Płachta
namiotowa zastępowała namiot, a w razie potrzeby - pelerynę. Do takich
entuzjastów wędrówek pieszych, narciarskich i taternictwa należy Henryk
Hordt - dziś 95 letni mieszkaniec Wrocławia, który swe wrażenia, przygody
i spostrzeżenia historyczno-etnograficzne opublikował w książce
"Piękno utraconej ziemi" (Wrocław 1998).
Za jego uprzejmą zgodą
przygotowałem nieco okrojony opis wyprawy kajakowej rzekami Stryj
i Dniestr do Zaleszczyk. Niestety, nie mogłemwykorzystać oryginalnego
tekstu z nośnika binarnego, co byłoby
rozwiązaniem komfortowym dla opracowującego te strony. W tej sytuacji
zamieszczę jedynie skrócone sprawozdanie z "wyprawy" ożywiając je możliwie
licznymi cytatami. Autor, który pasjonował się fotografiką, przezornie nie zabrał z sobą aparatu i jedyne zachowane zdjęcie przedstawia trzech zapaleńców na tle ich okrętu i było wykonane po wodowaniu jednostki. Kajak prezentuje się dość typowo, ale takich wioseł nie widziałem nigdy!
Cytaty z książki zaznaczę kursywą.
Sami zbudowaliśmy trzyosobowy kajak według
jakiegoś
marnego planu. Były to wówczas początki sportu kajakowego u nas. Gotowego nie można było nawet oglądnąć. Polakierowaliśmy go białym, błyszczącym lakierem z czerwonymi akcentami. Wzbudzał powszechną sensację i zachwyt, bo czegoś takiego nie widziano jeszcze. Nad rzeką zebrała się ogromna grupa ludzi znajomych i nieznajomych. Nastąpił chrzest kajaka. Otrzymał imię: "Fala" i miał pływać po rzekach świata. Nie przewidzieliśmy na szczęście szampana, bo gdyby taka flacha łupnęła w nasz kajak, to rozleciałby się na kawałki.
Było lipcowe południe. Na skutek wielkich atmosferycznych opadów rzeka tak wezbrała, że wśród drzew i krzewów nie było widać przeciwległego brzegu. Po krótkim przemówieniu do zebranych, podziękowaniu i pożegnaniu zająliśmy miejsce w kajaku - ja jako pierwszy, za mną Zygmunt i Staszek.
Była to więc jednostka trzyosobowa - teraz się takich nie spotyka.
Śmiałkowie pozwolili nieść się wezbranej rzece przez niespełna pół
godziny. Przejechaliśmy zaledwie pięć kilometrów,
gdy
pod wierczańskim mostem kolejowym dostaliśmy się nagle na ogromny wir - i wywrotka! Kajak do góry dnem - ledwie zdołaliśmy się go uchwycić. Początkowo płynęliśmy razem z nim wokół wiru, po jego obrzeżu, aż wreszcie udało się nam zepchnąć go pod filar mostu.
Dalej było "lądowanie" na piekielnie ostrych głazach otaczających filar, łowienie wioseł i wreszcie hol kajaka pod prąd w jedynym możliwym z tego miejcsa kierunku: w górę rzeki. Znów
pracując mocno wiosłami próbowaliśmy się dostać na
jej
środek. Niestety nie udało się - tak silny był prąd rzeki. Znaleźliśmy się ponownie na wirze, ale nie daliśmy się wywrócić.
Szczęściem nestorzy naszego kajakarstwa wypatrzyli niepozorny boczny kanał, teraz wypełniony wodą, i spróbowali z powodzeniem trasy objazdowej. Kajak był, okazuje się, znacznie mocniejszy od współczesnego sprzętu.
Boczne kanały były dodatkowo poprzecinane tamami,
przez
które woda przepływała teraz tworząc niewidoczne z daleka kaskady. Musieliśmy przeplywać przez nie w miejscach, gdzie nurt był najsilniejszy. Kilkakrotnie byłem wraz z przednią częścią kajaka w powietrzu, nad tamą, potem kajak przechylał się powoli w dół i mocno ocierając dnem o przeszkodę zanurzał dziób do otatecznej granicy, ale nigdy nie nabrał wody. Podczas tych manewrów decydującą rolę odgrywał Staszek, który wielokrotnie wyskakiwał z kajaka dla odciążenia jego tyłu, a także celem przepchania go przez tamę. [...] Zdjęliśmy ubrania i w kąpielówkach tylko, bo tak było nam cieplej, dopłynęliśmy do Tatarowa, wsi zamieszkałej przez Polaków. [...] Napiliśmy się gorącego mleka, daliśmy nura w siano i spaliśmy do rana.
[...]
Byliśmy dobrze zaprowiantowani, musieliśmy jednak prawie wszystko wyrzucić, bo podczas wywrotki wylała się na prowiant nafta, która była przeznaczona do prymusa. [...] Mieliśmy trzy kilogramy czekolady w paczkach po pół kilograma. Niestety została zalana naftą. Staszkowi to nie przeszkadzało i nas namawiał do jedzenia.[...] Musieliśmy uważać, aby nie zbliżał się do ognia.
Podczas wywrotki nic ze sprzętu nie zginęło, bo bagaż mieścił się w zamykanych "grodziach" w dziobie i rufie statku.
Trzej dżentelmeni uprawiali w swym okręcie dziwne praktyki, które współczesnemu turyście nie mieszczą się w głowie. Jedną z nich było gotowanie kawy na prymusie na pokładzie płynącego statku. Że uniknęli poparzenia, to cud. Wodę do picia czerpali z Dniestru i czekali, aż z grubsza "wyklaruje się" w kociołku, który stał na dziobie. Pili taką dniestrzankę najczęściej na surowo. I nic! Jaskrawo pomalowany kajak w nocy (bo i nocą też pływali) wabił wielkie ryby, które próbowały "podrapać się" o jego dno (stare ryby czasem tak robią). Jedną z nich był podobno olbrzymi sum, ale tu chciałbym wyrazić przypuszczenie, że mógł to być także jesiotr. Pora znów oddać głos Autorowi.
Dniestr przecinając płytę Podola tworzy kilka przepięknych przełomów.
Strome, pokryte lasami przybrzeżne góry, wśród których są liczne
nadrzeczne skały, przyciągają wzrok, zwłaszcza znad samej wody - z kajaka.
Rzekę cechują też liczne meandry, z których największy o długości ponad 18
kilometrów znajduje się w okolicy Wielkich Łuków - stąd nazwa. Koryta rzeki, oddzielone od siebie lesistymi grzbietami, zbliżają się do siebie na odleglosc 200 - 400 metrów. Całe Podole poprzecinane jest licznymi, głębokimi jarami. Kraj piękny, bogaty, ziemia bardzo urodzajna. [...]
Płynąc nocą usłyszeliśmy kiedyś podejrzany szum przed sobą. Na mapie nie było żadnego znaku, żadnej rzeki, lub potoku wpadającego do Dniestru. Tama też była wykluczona. Byliśmy przygotowani na jakąś niespodziankę, więc uważnie, z wiosłami w rękach wpływamy w ten szum - nagle zostaliśmy obróceni o 180 stopni - tyłem do kierunku jazdy, a w następnej chwili w drugą stronę. Wir koło wiru, jeden obok drugiego. Gdy rzekę oświetliłem latarką, zobaczyliśmy jakąś straszliwą kipiel. Silnie pracowaliśmy wiosłami i po przepłynięciu tych wirów pot lał się z nas nie tylko ze zmęczenia, ale i ze strachu. Wiry takie, czasem na środku rzeki, spowodowane są podwodnymi skałami.
Chyba rzeczywiście wiry powodowane są nierównościami dna...
Łatwo można było zorientować się, że płyniemy koło jakiejś wsi, bo w pogodne wieczory zbierała się had rzeką pięknie śpiewająca grupa młodzieży - chór męsko-żeński - którego z największą przyjemnością słuchaliśmy. Zachowywaliśmy się wówczas bardzo cicho, aby nas nie zauważono, bo w przeciwnym wypadku przestawali śpiewać, zaintrygowani dziwnym zjawiskiem na środku ich rzeki.
Wzdłuż całej rzeki panował wówczas zwyczaj, że dziewczęta kąpały się zupełnie nago i nie krępowały się, gdy nadpływaliśmy.
Ostatnich 9 kilometrów przed Zaleszczykami Dniestr był rzeką graniczną (z
Rumunią). Młodzieńcy mieli tu nowego pecha: z pobliskiego więzienia
uciekło trzech bandytów, a ponieważ i ich była trójka, przeto straż
graniczna co krok legitymowała kajakarzy, a po wyjaśnieniach stanowczo
odradzała płynąć poza Zaleszczyki.
Po ośmiu latach Autor znów wybrał się na spływ Dniestrem w innym trzyosobowym
składzie, ale już na dwóch kajakach. Z żalem stwierdził, że cywilizacja
dotarła do wsi naddniestrzańskich i dziewczęta kąpią się już w kąpielówkach.