Wracamy na Brdę (2002)

Spływ Brdą odbyliśmy w ostatnich dniach sierpnia 2002 roku w stałym składzie dwóch dorosłych gentelmanów (Marka i mnie) oraz małolaty - Kasi. W tym roku wyjątkowo płyniemy wielką trzyosobową kanadyjką. Zwykle pływaliśmy dwoma kajakami pneumatycznymi, które zdecydowanie nie nadają się do szybkiej jazdy. Teraz we troje pokonamy rzekę w błyskawicznym tempie.

White Water na Brdzie 
to zwykła Wartka Woda

Nasz okręt nie bardzo chciał się zmieścić wewnątrz samochodu "bagażowego" - 1/2 metra części rufowej wystawało za samochodem, a drzwi tylne w połowie były otwarte. Wielkie w pojeździe byly przeciągi, na szczęście dojechaliśmy nad wodę, na parking i pólko biwakowe przy szosie. Nawet śniadał akurat jakiś spływ. Zwróciliśmy uwagę na piękne białe taborety, które dowoziła spływowiczom ich bagażówka (pływali oczywiście bez bagażu - można i tak). Nie zwróciliśmy jednak uwagi na to. że miejscem naszego startu nie była Nowa Brda, lecz Fulbrycht. Nasz kierowca nie znał tych okolic, my także. Nie pomyliliśmy rzeki - i to był nasz pierewszy sukces.

czy tym da się popłynąć?

Nasz zaprzyjaźniony kierowca wrócił do Torunia. Przed odjazdem zrobił nam pożegnalne zdjęcie (nie zamieszczam, bo "wyszliśmy" na nim bez głów), a my zajęliśmy sie upychaniem naszego bagażu. Ku mojemu zdumieniu wszystko zmieściło się na tym okręcie i mieliśmy całkiiem wygodne miejsca. Początkowy leśny odcinek rzeczki był przepiękny. Trochę dziwnie wiosłowało się kopyścią na rzeczce pełnej przeszkód. Pewnie rozsądniej byłoby zaczynać podróż na jeziorze, ale jeziora to dopiero przed nami - teraz kilka przeciągań przez jakieś niegroźne wiatrołomy. A woda czysta jak kryształ i nawet nie była przeraźliwue zimna - wskakiwaliśmy do niej z przyjemnością.

Mimo, że las się skończył, krajobraz bardzo ładny. Jest dla nas jakiś mały pomost - w sam raz na drugie śniadanie. Gotujemy kawę i odbieramy defiladę spływowiczów, którzy tu nas doganiają. Jednak bez bagażu płynie się szybciej, ale oni nie mogą sobie zrobic kawy. Muszą płynąć niezależnie od pogody. My zgodnie z mapą wpływamy w koncu na jeziorka. Na pierwszym z nich zaprasza nas do kąpieli plaża na prawym brzegu. A brzeg to bardzo wysoki - na górze wieś i sklep, i możliwość zakwaterowania. Teren dość ludny, ale lasy i jeziora piękne.

Płyniemy dalej według mapy trzymając się lewego brzegu wielkiego jeziora Szczytno, na którym możnaby zatrzymać się na dłużej. Po 7 km wiosłowania po wodzie stoącej docieramy do wielkiego ośrodka nad jeziorem Końskim koło Przechlewa. Tu spotykamy nasz znajomy spływ. Nocujemy. W recepcji pytam o panią Marzenę - nauczycielkę i właścicielkę przechlewskiej kawiarenki internetowej. Wszyscy ją doskonale znają, pozdrowienia przekażą. Marzena, w internecie 'mgajo', część wakacji spędza w kajaku, ale ogranicza się do górnej Brdy i uważa, że nigdzie nie może być piękniej. Nie mam zamiaru przeczyć.

nasi goście na wielkim campingu koło Przechlewa

Płyniemy dalej. Krajobraz urozmaicony. Sporo lasów, pola, maleńkie mokradełka. Prąd spokojny. Obiad gotujemy na małym polu biwakowym koło jakiegoś mostu. Pusto i brudno. Znów odbieramy defiladę naszego znajomego spływu Dziś popłyną daleko, "na jeziora". My mamy czas. Zatrzymujemy się na nocleg tuż przed podmytym brzegiem. Miejsce piękne. Nad ranem defilują przed nami dwa łabędzie. Chyba mieszkają na Charzykowskim.

piękna skarpa, w samraz dla nas    Biwak niezbyt legalny, ale piękny.

Zaczyna się upał. Płyniemy dalej zblizając się do jezior.

 spoko ...

Coraz częściej spotykamy małe rozlewiska.

małe rozlewisko

Wreszcie nie ma wątpliwości - zaczyna się jezioro Charzykowskie.

zblizamy sie do Wielkich Jezior

Upał doskwiera. Chcemy zrobic zakupy w miasteczku i dotrzrć na Płęsno, bo to juz wiemy, że takiej wspaniałej wody nie znajdziemy nigdzie.

zbliżamy się do Swornych Gaci

Po zakupach i drugim śniadaniu wpływamy na jezioro Karsińskie i tu zamyka się opis połączonych szlaków brdy i Zbrzycy. Wycieczkę Młosienicą-Zbrzycą opisałem w Deszczowej Zbrzycy i dalszą cześcią tej wycieczki w sprawozdaniu o Środkowej Brdzie i jej kanale.

Nasze plany to wizyta na Płęsnie i odwiedziny na Wielkim Kanale Brdy. Płęsno przywitało nas jeszcze większym upałem. Kąpiemy się na półwyspie po naszej lewej ręce, naprzeciw hałaśliwego pola namiotowego. Marek gotuje zupę i płyniemy dalej do końca jeziora. Nasze drzewo ścięte przrz bobra leży nadal na swoim miejscu. Zbieramy ostatnie jagody i decydujemy się wrócić na szlak Brdy, bo władze leśne wydały zakaz wstępu do lasów (taka susza!) Cofamy się paręset metrów i lądujemy na polu agroturystycznym o nazwie Płęsno, ale nad Brdą. Jesteśmy jedynymi kajakarzami, a pole bardzo sympatyczne i piękne jego otoczenie.

Biwak w gospodarstwie agrotur. k. Płęsna

Chcemy już być na kanale, bo na rzece za gorąco. To ciężki i nudny etap. Po wodzie prawie stojącej trzeba dopłynąć do Mylofu. Krajobraz piękny, ale nie zauważa się żadnych zmian i to niestety nuży. Nawet zakrętów praktycznie tu nie ma. Wreszcie bardzo późnym popołudniem lądujemy na wielkim biwakowisku w Mylofie. Należy nam się dobry obiad. Gotujemy go i postanawiamy zostać do jutra.

Marek pobiegł po obiedzie nad Brdę zbadać warunki przenoski na kanał. Nic się nie zmieniło. W sumie kilkadziesiąt metrów i w jednym miejscu dość stromo. Niewątpliwie damy sobie radę, ale może można inaczej? Bardzo sympatyczny Pan Leśniczy zaprosił mnie do swego biura i tam uiściłem opłatę pobytową na polu namiotowym za 3 osoby i łódź. Pan inżynier okazał się bardzo rozmownym człowiekiem lasu i znał okolice nie tylko Brdy, ale i rzek sąsiednich. Zamówiłem i opłaciłem wózek na jutro. Możemy go po prostu zabrać i oddać nie opowiadając się nikomu. Marek w tym czasie obejrzał trasę ewentualnej przewózki kanadyjki do miejsce za pstrągarnia, która zajęła początkowy fragment kanału. To tylko półtora kilometra! Załadujemy kanadyjkę na wózku i sama pojedzie bez problemu, bez wysiłku. Tylko wózek trzeba będzie odwieźć z powrotem i ktoś z nas przemierzy trasę trzykrotnie. Nie było wątpliwości, że będzie to Marek - człowiek, który nie może żyć bez codziennego biegania. Próbowaliśmy namówić na wycieczkę kanałem bardzo sympatyczną parę mieszaną kanadyjkarzy, którzy dopłynęli tu po nas. Trochę chcieliby, ale na końcu kanału nie ma wypożyczalni wózków (a może już jest?), a oni śpieszą na Zalew Koronowski, a to jeszcze parę etapów.

Wszystko zrobiliśmy tak, jak zaplanowaliśmy. Pojechaliśmy z wózkiem lewym brzegiem. Koło sklepu i dalej wygodną ulicą, która później zrobiła się trochę mniej wygodna, bo weszła w las, jako zwykła droga leśna. Po prawej jakieś gospodarstwa, które nalezy zostawić i jechać dalej. Potrzebny będzie mały rekonesans, żeby nie skręcać w prawo za wcześnie. My dotarliśmy (w prawo) do płotu pstrągzrni i wzdłuż niego jeszcze kawałek aż do jej końca - dokładnie w miejscu, gdzie wodowaliśmy przed dwoma laty na prawym brzegu.

A to już Wielki Kanał Brdy

Kanałem dopłynęliśmy do trzeciego akweduktu, skąd wróciliśmy w pobliże pierwszego kończąc tam spływ i wzywając zaprzyjażnionego kierowcę.

biwaków nie brakuje ...

Oprócz nowych zachwytów do tych, które znalazły sie w poprzednim opisie, dodam na zakończenie trzy uwagi.