Środkowa Brda i Wielki Kanał Brdy

Spływ w sierpniu 2000 opisał Jerzy Kubrycht.

(Uwaga, używając określeń "lewy/prawy" brzeg, stoję zawsze twarzą w kierunku prądu.)

Na stronie "Deszczowa Zbrzyca" opisałem wielce nieudany spływ Zbrzycą w roku 1998. Dopiero w tym roku udało nam się jego dokończenie. Zgodnie z planem dopłynęliśmy do Zalewu Koronowskiego przy względnie ładnej, bezdeszczowej pogodzie.

Sobota.

Samochodem transportujemy nasz kajakowy dobytek do mostu na Zbrzycy, nieco poniżej jeziora Śluza. Tu zakończliśmy nasz spływ dwa lata temu. Teraz płyniemy piękną rzeką pod łagodny prąd


do jeziora Śluza. Szukamy na prawym brzegu naszego dawnego biwaku na półwyspie oddzielającym najdalsze ploso. Lekki wiaterek, umiarkowana ilość chmur kłębiastych i bardzo ciepło. Nasz "dziki" biwak czeka na nas nieodwiedzany przez nikogo. To dobrze, bo zakątek przepiękny, trochę tylko niedostępny. Nocujemy na drugiej kondygnacji. Najniższa, to podmokły, ponury brzeg zasłonięty nieco niskimi gałęziami. Kilka metrów dalej strome kilkumetrowe podejście na naszą suchą półkę, a jeszcze dalej wysoki leśny płaskowyż ciągnący się do maleńkiego jeziorka u nasady półwyspu.

Na kolację mielonka z grzybami i kasza gryczana.

Niedziela.

W nocy deszcz, rano ponuro i wiaterek, ale ciepło. Płyniemy Zbrzycą do jej ujścia do jeziora Witoczno. Mimo braku słońca Zbrzyca na tym odcinku przepiękna. Płynie majestatycznie w wysokim lesie. Można bez wysiku pokonać prąd i płynąć w kierunku odwrotnym, do Laski, a zaczynać można na Brdzie w Mylofie, bo i tam prąd nie stanowi przeszkody. Atrakcją na Zbrzycy są jałowce, zwłaszcza jeden wyjątkowy pięknie wyeksponowany na lewym brzegu na tle przecinki leśnej.

Niestety, w miarę zbliżania się do jeziora pojawiają się coraz liczniej bezstylowe dacze. Bardzo szpecą krajobraz. Tu na 5 minut zatrzymuje nas pod drzewem mały deszczyk. Okazało się, że był to jedyny dzienny opad podczas tego spływu. Szybko przecinamy Witoczno zbliżając się stopniowo do lewego brzegu, gdzie pod koniec wypływa Brda, nad którą 100m dalej przerzucono most. Delegacja maszeruje do wsi Swornegacie po chleb (mimo niedzieli kupili dwa bochny) i po krótkiej przerwie płyniemy dalej. Prąd na rzece coraz słabszy i po trzech kwadransach skręcamy w lewo na jezioro Płęsno zgodnie z "drogowskazem".

Nasze jezioro zaczyna się za mostkiem na przesmyku kończącym boczne rozlewisko Brdy. Tu jakieś ośrodki wczasowe i w pobliżu pole biwakowe. My na razie chcemy zjeść obiad i trochę wypocząć. Wybieramy prawobrzeżny półwysep, a że słońcu znudziło się chowanie za chmurami, decydujemy się na kąpiel. Dojście do wody i sama woda - wspaniałe. Woda ma odcień jasnoseledynowy (trochę podobny jak jezioro Ciche na Pojezierzu Brodnickim, ale o ton jaśniejszy) i jest przeczysta.

Płyniemy prawie do końca jeziora i zatrzymujemy się na ostatnim prawobrzeżnym półwyspie. Jest tu trochę jeżyn i trochę (jeszcze!) czarnych jagód. Na kolacje ryż z cukrem i jagodami. Grzybów nie zbieramy, bo trochę ich mało. "Ozdobą" tego biwaku było drzewo ścięte u nasady przez jakiegoś pracowitego bobra.

Nasz wielopiętrowy brzeg ma kilkadziesiąt metrów wysokości. Piękny jest spacer wąską ścieżyną nad stromym brzegiem jeziora. A w nocy znów deszcz, nawet czasami rzęsisty.




Ranek powitał nas mgłą.

Poniedziałek.

Długi i dość nudny etap kończymy na polu namiotowym nad jeziorem Kosobudno, koło leśnictwa Czernica. Obiad gotujemy przy przesmuku kończącym jezioro Dybrzk. Jezioro ładne, całe w pięknych lasach, ale piekielnie długie i płynąc kajakiem nie zauważamy żadnych zmian w krojobrazie, bo jezioro jest idealnie proste. Na końcowym przesmyku, za którym zaczyna sie Kosobudno istniał w czasach napoleońskich most drogowy. Była to konstrukcja na tyle solidna, że przeszła po nim cała armia.

Nad Kosobudnem jakiś ośrodek wypoczynkowy wypożycza kajaki i rowery wodne - te na szczęście nie skrzypią, i dobrze, bo wszystkie z opisywanych tu terenów tworzą Zaborski Park Krajobrazowy i objęte są "strefą ciszy". Nasze pole zagospodarowane, z pomostem, źródłem dobrej wody, boiskiem do siatkówki, śmietnikiem i niebieską toaletą. Oprócz spływów pole okupują grzybiarze. Jak poinformowała nas tablica, legalne pola usytuowane są co 9 km. Ostatnie z wymienionych, to Gołąbek I. Trafiliśmy na nie po zwiedzeniu odcinka "alternatywnego": Wielkiego Kanału Brdy. Na kanał chcemy jutro, a teraz szybko do namiotu, bo nadciągające czarne chmury niczego dobrego nie wróżą.

Wtorek.

W nocy kilka deszczyków. Ranek wstał ponury. Na razie nie pada. Pakujemy się i w drogę do Mylofu. Jest wiatr, może przegna chmurzyska. Płyniemy "rzeką" do Męcikału i dalej do zapory w Mylofie. Prąd od początku bardzo słaby, pod koniec w ogóle zanika. Mija nas wiele spływów. Wszyscy planują dalej Brdą, o kanale nikt nie słyszał. Nawet Pan Leśniczy, którego zapytałem o miejsce przenoski, proponował Brdą do gajówki Uboga, ale to wyjątkowo daleko. Z mapy wynika, ze kanał na długim odcinku towarzyszy rzece bliziutko po lewej stronie. Miejsce przenoski musimy znaleźć sami!

W dawnych czasach na kanał wpływało się bezpośrednio z zalewu. Teraz dzięki nowej, ogromnej (podobno największej w kraju) pstrągarni obowiązuje "przenoska" po piachu ok. jednego kilometra, a może i więcej. Popłyniemy Brdą. Przenoskę poza elektrownię (blisko 2 MW) długą na 200m mogą ułatwić wózki ręczne, które wypożycza się w leśniczówce. W Mylofie jest pole biwakowe i sklep. Nad rzeką zgotowaliśmy treściwą zupę gulaszową. Wiatr pracowicie przeganiał chmury i nawet na moment błysnęło słońce. Pyniemy. Wreszcie prawdziwa rzeka z prądem jak się patrzy. Z lewej co parę minut z grzmotem wpadają potoki wody z pstrągarni. Po niespełna 15min. płynięcia, za ostatnim, nieczynnym punktem zrzutu wody lądujemy, by zbadać sytuację. Szczęścia mamy wiele. Przenoska jest możliwa i tylko kilkadziesiąt metrów! Asia, nasza małolata, kosi wiosłem pokrzywy, bo w czasie przenoski nikt ich nie lubi i po kwadransie jesteśmy na samym początku dostępnego odcinka Wielkiego Kanału Brdy! I słońce też odniosło sukces w swej walce z chmurami - niebo zupełnie czyste, a woda w kanale wręcz krystaliczna! Przepięknie, przecicho, przespokojnie!!



Wielki Kanał Brdy

(w skr. WKB) to gigantyczna inwestycja z połowy XIX w. Szeroki kanał o długości 21km, głębokości ok 1m i słabym prądzie odprowadza sporą część wód Brdy. Początkowo prowadził "do nikąd" i jedynym jego celem było nawodnienie ogromnych łąk na lewym brzegu rzeki. Podobno (i niewykluczone, że to prawda) kanał miał kiedyś duże znaczenie strategiczne, dawał bowiem gwarancję obfitych zbiorów siana z nawodnionych łąk, a bez siana nie mogła funkcjonować podstawowa formacja dawnych armii - kawaleria. Kanał z konieczności musi biec wzdłuż pewnej poziomicy (z drobną modyfikacją zapewniającą niewielki spadek) i z tego też powodu jego lewy brzeg jest na ogół wyzszy, a prawy sztucznie obwałowany do wysokości 1/2 metra. W kilku miejscach kanał przecina poprzeczne doliny lewobrzeżnych dopływów Brdy, na przykład Czerskiej Strugi. Dolinki te są znacznie niższe niż koryto WKB i dlatego kanał poprowadzono na szerokim nasypie, pod którym przepływa rzeczka krzyżująca się tu "dwupoziomowo". Tego typu konstrukcje nazwano akweduktami. Kanał, mimo że jest dziełem sztucznym, wykonanym przez człowieka, zatracił wszelkie cechy cieku melioracyjnego, wszędzie jest uroczy, wyjątkowo czysty, a dzięki przepięknym lasom nabrał cech naturalnej rzeki sródleśnej. Jedynie "dacze" na "przedmieściach" Rytla straszą swą brzydotą. Służby kanału dbają o jego "drożność" usuwając natychmiast wszelkie zwalone drzewa i gałęzie.

Po kwadransie spływu most nad kanałem łączy małą prawobrzeżną osadę Konigort ze światem. Osada położona jest w wielkiej pętli Brdy, która na chwilę oddala się na południe, by po paru kilometrach znów wrócić w pobliże kanału. Duża wieś Rytel już niedaleko, słychać pociągi, a prawym brzegiem po dróżce nad kanałem co kilkanaście minut przejeżdza samochód. Postanawiamy skorzystać z ostatniej okazji biwaku na lewym brzegu w uroczym lasku porastającym strome zbocze. Nasza półka ma przyzwoitą szerokość 10 metrów i oprócz wiekowych drzew co kilka kroków urozmaicają ją piękne jałowce. Na tym krótkim odcinku spotkaliśmy także zastawkę, pod którą przepłynęliśmy bez większych kłopotów leżąc w kajakach. Jesteśmy trochę zmęczeni. Noc zapowiada się chłodna. Po kolacji gotujemy herbate imbirową - wspaniały napój na zimne wieczory w plenerze.

Środa.

Noc i ranek zimne. Chyba nadciągnął wyż, ale na niebie rozwijają się chmury kłębiaste. Pakujemy się i wypływamy. Podziwiamy ohydne dacze w Rytlu. Lądujemy przed drugim mostem drogowym na lewym brzegu, skąd 100m do "centrum handlowego" (duży SAM) i kościoła a 250m do automatu telefonicznego na przeciw gimnazjum. Rytel oglądany z lądu jest piękną, schludną wsią letniskową.

Płyniemy parę kilometrów w lesie, niestety po prawej towarzyszy nam dość ruchliwa szosa. Oddala się w końcu w stronę Lutomia, a my lądujemy na małej plaży na lewym brzegu przed mostem drogowym, by posilić się zupą i wypić kawę. Nasz kanał oddalił sie już znacznie od rzeki. Jesteśmy w środku lasów zdala od dróg bitych i zbliżamy się do tajemniczego parkingu nad kanałem bez dojazdu jakąkolwiek drogą samochodową. Wyjątkowo nie jest to żaden błąd kartografów. Parking istnieje, mieści z 10 autobusów i jeszcze więcej zwykłych samochodów. W chwili naszego przyjazdu autobus jest jeden, a samochodów 8. Oprócz kilku Niemców przyjechała autobusem wycieczka emerytów ze Śląska. Wszyscy zwiedzają pierwszy akwedukt nad Czerską Strugą. Metalowymi schodkami można zejść w dół do tunelu, którym poprowadzono strugę, przejść ganeczkiem na drugą stronę tunelu i wdrapać sie do poziomu kanału po drugiej stronie nasypu. W kiosku można kupić pamiątki, chrupki i lody. Zwiedziliśmy i my. Zdjęcia nie wyszły. Zresztą trudno w jednym zdjęciu przekazać "ideę" akweduktu, bo nie da się sfotografować jednocześnie kanału i strugi. (Gdyby można było wypożyczyć motolotnię...)

Płyniemy powoli dalej i późnym popołudniem wdrapujemy się na prawy brzeg. Wyjątkowo jest wysoki na blisko 2 m i prawie pionowy. Lądowanie (i wodowanie) karkołomne, ale za to piękny, suchy mech między jałowcami i grzyby, których na kolację starczy, skłaniają nas do pozostania tu do rana.

Czwartek.

Kanał przecina jeziorko leśne. Zatrzymujemy się przy moście na szosie Tuchola - Czersk. W pobliskim Legbądzie zakupy. Wielka tablica przy szosie nformuje, że mażna i warto zboczyć kilka kilometrów drogą leśną, by obejrzeć akwedukt. Widzieliśmy, a w zapasie mamy dwa dalsze, przeto płyniemy dalej. Z wariantu przenoski na Bielską strugę rezygnujemy. Wolimy zaliczyć przenoskę 500m na końcu kanału, co obiecuje stary przewodnik Wrześniowskiego - Sperskiego. Dopływamy do maleńkiego jeziorka z dużym gospodarstwem na lewym brzegu i dwoma zastawkami po prawej. Dalsza droga wymaga przeciśnięcia się przez zastawkę drugą; zwykle jedna z zasuw jest podniesiona na przyzwoitą wysokość. Teraz kanał zwęża się znacznie i jest jeszcze głębszy. Po obu stronach liczne upusty. Za drugim akweduktem drewniany most - można wysiąść i cofnąć się kilkadziesiąt metrów, by z góry spojrzeć na dolinę, której z kajaka nie widać. Za akweduktem las wyjątkowo piękny i tajemniczy. Trzeci akwedukt 100m za następnym mostem, za którym na "dzikiej plaży" gotujemy zupę gulaszową. Podróż za trzecim akweduktem nieco monotonna. I wreszcie jest pierwsza przeszkoda na trasie WKB. Powierzchnia rzeki na kilku metrach pokryta sianem i jakimś zielskiem, które zatrzymało się na poprzecznie umocowanej beli. Nie próbujemy jej usuwać, bo jeśli ktoś zadał sobie trud połowu siana, to musiał mieć ważny cel. Przeprowadzanie kajaków wymagało w tej sytuacji wyjscia na lewy brzeg w okolicy zamkniętego upustu po lewej stronie kanału. A koniec naszej trasy już blisko: mały stawek kończy się ujęciem wody i najwyraźniej dalej płynąć się nie da. Lądujemy na lewym brzegu i komfortowo przenosimy się nad rzekę wygodną drogą gruntową, tylko 250 m. Okazało się, że woda skierowana jest do napędu turbin małej elektrowni (niespełna 0,5MW). Połów zieleniny jest uciążliwą koniecznością (turbiny nie lubią siana!). Jak nam wyjaśnił sympatyczny pan inżynier pełniący tu nadzór, siano, gdy nagromadzi się go dużo, kierowane jest upustem na łąki. Zwiedzliśmy huczące wnętrze fabryki prądu. Z trzech turbin najstarsza, doskonale działająca pochodzi sprzed wojny. Właściciel elektrowni planuje w najbliższej przyszlości zorganizować "port kajakowy", skąd startowałyby spływy trasą okrężną: kanałem do Mylofu pod prąd i Brdą z powrotem.

Bracia Kajakarze! Czasu na zwiedzenie pięknego, niezagospodarowanego kanału zostało już niewiele!

Pan inżynier zapewnił, że podane tu informacje nie są tajne i można je opublikować. Podziękowawszy popłynęliśmy dalej wielką rzeką. Okazało się, że Brda zasługuje na współczynnik trudności "t2" z uwagi na zatopione wraki drzew, których ominięcie wymaga lawirowania niekiedy na "wstecznym biegu". Dotarłszy do pola Gołąbek I rozgościliśmy się na zupełnie pustej polanie. Wszystkie urządzenia działały, tylko lądowanie trochę strome. Może piaszczysta,stroma skarpa przestraszyła naszych poprzedników, ale chyba powodem był raczej brak sklepu z piwem. (Jest na pobliskim polu Gołąbek II.) To był pracowity dzien. Z przyjemnoscia odpoczelismy przy jednym z licznych stolow. Zwiedzajac rano lasy dokonałem strasznego odkrycia: małe, całkwicie nielegalne wysypisko w srodku pieknego lasu!

Piątek.

Płyniemy Brdą. Rzeka czysta, cały czas w pięknym lesie. Zatrzymujemy się w Rudzkim Moście. Do sklepu bardzo blisko. I dalej, na zalew. Wszystko zgadza się z przewodnikiem, tylko słynne Piekło minęło niezauważone. Owszem kilka powalonych drzew, kamieni i innych topielic, ale woda chyba za wysoka, bo żadnego z obiecanych bystrz nie zauważyliśmy. Za to lasy i brzegi przepiękne. Szkoda, że słońce co chwilę chowało się za chmurami. Tu jedna uwaga: Brda nie przebija się wąskim korytem między wysokimi brzegami, jak informują przewodniki. W przełomie nizinnym zawsze wysoki jest tylko jeden brzeg - ten podmywany. Brzeg przeciwległy musi być niski.

Zalew rozpoczyna się niepostrzeżenie. Koryto rozszerza się i spotykamy coraz liczniejsze pomosty wędkarskie, jakieś przycumowane żaglówki, tylko kajaków nie widać. Bardzo zmęczeni gotujemy obiad na pięknym lewym brzegu. Krótki odpoczynek i dopływamy do stanicy Gostycyn - Nogawica. Obiekt bardzo piękny. Można zamówić gorącą kąpiel, lub zażyć kąpieli na niestrzeżonym kąpielisku, zrobić drobne zakupy, wybrać się na grzyby, lub ryby. Dla większych grup przygotowano boiska do koszykówki, siatkówki i piłki ręcznej. Jest także lokalna oczyszczalnia ścieków. Są pewnie i inne wspaniałości, ale nie zwiedzaliśmy. Łazienki i toalety w murowanym budynku (nawet z kafelkami). Byliśmy jedynymi kajakarzami, którzy tego dnia zawitali do stanicy Tego dnia zachód słonca przepieknie ozłocił lasy nad zalewem.

Sobota.

Dziś wracamy. Wzywamy umówiony automobil. Zanim przyjedzie, wybieram się na krótki spacer po zalewie. Opłynąłem jedynie najbliższe ploso, gdzie na lewym brzegu zapraszała kawiarenka ośrodka w Zamrzenicy. Ku mojemu zdziwieniu piękna plaża mimo ciepłej, słonecznej pogody była idealnie pusta.

Podsumowanie

Spływ bardzo miły. Były grzyby, były jeżyny, były deszcze, ale tylko w nocy, było słońce, ale nie w nadmiarze, był wiatr, ale niezbyt silny, były lasy - wyjątkowo piękne w dwóch parkach krajobrazowych: Zaborskim i Tucholskim. No i kanał przeuroczy. Nie mogę sobie przypomnieć, czy zdarzył się kiedykolwiek dłuższy odcinek bezleśny.

Gorąco zachęcam do naśladowania naszej turystyki "pasywnej". Określenie "pasywna" jest antonimem słowa "aktywna", a Turystyka Aktywna, to nazwa firmy, o której teraz na zakończenie napiszę. Przysięgam na moje stare wiosło, że nie mam zamiaru niczego reklamować, ani przed nikim przestrzegać, napiszę, co widziałem i co myślę. W internecie każdy ma do tego prawo. A widziałem w Mylofie przed leśniczówką dwie eleganckie furgonetki z napisami: Turystyka Aktywna. To znakomity pomysł polegający na tym, że aktywni turyści płyną z punktu A do punktu B pustymi kajakami, a w punkcie B czeka już na nich dowieziony samochodami sprzęt biwakowy, ubrania i żywność (choć turyści jeszcze aktywniejsi mogą wozić za sobą polową kuchnię i kucharza). A myślę, ze turystyka w ogóle, to taka zabawa w odkrywanie czegoś nowego i w tym celu trzeba na parę dni, lub lepiej tygodni, wcielić się w skórę traperów - odkrywców, którzy na nic prócz własnych zapasów i narzędzi nie mogli liczyć.

A co my odkryliśmy? Przepiękny kanał konczący się wygodną przenoską znacznie krótszą niż opisana w przewodnikach, a końcowy odcinek szlaku kanałowego na mapie 1:100000 WZK "Złotów" po prostu nie istnieje.

POSŁOWIE Zachęcam do przeczytania dalszych uwag o WKB w opisie spływu Brdą z roku 2002.


Szanowny Czytelniku, jeśli ten opis wzbudził Twoje zainteresowanie, wyślij do mnie choć jedną literkę "k" (jak Kanał). Jerzy Kubrycht.